czwartek, 10 kwietnia 2014

XV Półmaraton dookoła Jeziora Żywieckiego - moje przemyślenia po czasie.

Moi mili jak już dobrze wiecie, start w tym półmaratonie to było to na co czekałam niecierpliwie z dozą strachu i niepewności jak ja to sobie poradzę z tymi podbiegami. I co się okazało? Że nie taki diabełek straszny!



Owszem podbiegi były i nie powiem, że mnie nie zmęczyły, swoje ślimacze tempo pod górę, starałam się nadrabiać jak tylko się dało. I się udało! Ale o finiszu za chwilę a raczej na finiszu postu.





W związku z przypadającą akurat na noc przed startem zmianą czasu, do Żywca pojechałam niewyspana. Umówienie się z mężem, że on wstaje do Julki niewiele dało, bo jak on wstał to i ja musiałam - mleko samo się nie zrobi. Suma sumarum 4 godziny snu musiały mi wystarczyć. W drogę do Żywca wyruszyliśmy (z Dawidem i Krysią) o godzinie 6 rano (zimowego czas 5 rano). W domu jeszcze na szybko zjadłam jogurt z płatkami a w aucie posiliłam się bananem. Generalnie żałowałam, że kawy sobie nie zrobiłam. Do Żywca dojechaliśmy 2,5 godziny przed startem. Zdziwiły nas pustki na rynku. Zero ludzi, biegaczy i tylko ciężarówka z tojtojami. Po krótkim wykłóceniu się o otwarcie kibelka (tojtoje jeszcze na pace stały), wyruszyliśmy po pakiety startowe. Kolejek zero. Zimno strasznie. Co tu robić? Na szczęście w pobliżu otwarta została kawiarenka "Alicja", która ugościła nas oferując ciepłe miejsce przy stoliku, pyszną kawę (tudzież herbatę), ciasteczko i przemiły nastrój.
Po około godzinie zaczynali się schodzić biegacze, ludzie wyleźli na ulicę, słoneczko zaczęło ogrzewać powietrze a my byliśmy coraz bardziej podekscytowani. 45 minut przed startem udaliśmy się do szatni. No i tutaj jak to na baby przystało nastąpiła debata pod tytułem w co się ubrać. Nie omieszkałam zasięgnąć rady biegaczek wyglądających na bardziej obyte niż ja. Stanęło na krótkim rękawie i długich spodniach. Ech te długie spodnie! Nie dość, że z tyłka mi spadały to jeszcze za gorąco mi było!
Po założeniu całego majdanu udałyśmy się na start, o przepraszam, zapomniałabym, że na starcie zjawiłam się w momencie odliczania sekund do startu. Dlaczego tak późno? Postanowiłam jeszcze tojtoje zwiedzić ;).

No i ruszyłyśmy! Spokojnie, powoli, bez planu, co będzie to będzie!


Nie mogłam się doczekać trasy, widoków i tylko te podbiegi.... Ja ewidentnie nizinny biegacz wybrałam się na debiut na trasie półmaratonu właśnie do Żywca! No cóż moja artystyczna i wrażliwa dusza skuszona została pięknymi okolicznościami przyrody.

Jak na wstępie napisałam, podbiegi nie były takie straszne. Owszem - długie i gęsto usiane ale całkiem znośne. Biegło mi się dość swobodnie, pod górkę troszkę wolniej, potem nadrabiałam. Niestety przynajmniej na dzień dzisiejszy, bieg równym tempem na takim profilu trasy to dla mnie samobójstwo. (Muszę nad tym popracować!).

Profil trasy


Na mniej więcej 16 km podbieg i myślę sobie - oby już ostatni - chociaż wiedziałam, że Żywiec słynie z tak zwanej Żywieckiej osiemnastki. Nagle moim oczom ukazał się ON - wielki, długi i straszący w oddali podbieg. W takiej chwili mózg stawia opór - milion głosów krzyczy, że nie dasz rady, że daj spokój, inni idą to ty też idź, lepiej ci będzie, po co się męczyć! No i gadzinę posłuchałam w pewnym momencie. Na szczęście z tej czeluści rezygnacji wyciągnął mnie miły pan, który krzycząc moje imię i sławetne już "DAJESZ!" skutecznie zmobilizował mnie do walki. Ostatni podbieg zaliczony a po nim piękna nagroda - zbieg i ostatnia prosta, na której wykrzesałam z siebie jeszcze odrobinę energii (zapewne pochodzącej z żela, którego wciągnęłam po drodze) by przyspieszyć.

Ostatecznie na metę wbiegałam z czasem 02:06:07 co daje średnie tempo 5:59 min/km. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem zadowolona, na złamanie dwóch godzin nie liczyłam a średnie tempo w okolicach 5:59 to miła niespodzianka! A no i te widoki!!!!!! :))



Organizatorom dziękuję za ręcznik, który kolorem idealnie wpasował się w moją łazienkę! ;)) Na szczęście dostałam zielony (były jeszcze, szare, niebieskie i fioletowe).

Po zawodach razem z Krysią i Dawidem poszliśmy na lody. A ja dodatkowo w nagrodę strzeliłam sobie kebaba! ;)




Pytanie już na koniec - czy gdybym miała biec jeszcze raz, czy zrobiłabym coś inaczej? Tak - ubrałabym krótkie spodnie! ;)

Kilka fotek:
Jeszcze przed startem.

Krysia, Dawid, Maja i ja już z medalami.

Na trasie.


Meta!





5 komentarzy :

  1. piękny czas! ja bym chyba umarła po tylu podbiegach na trasie :P (też jestem zdecydowanie nizinnym biegaczem ;) )

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje! Podziwiam Cię, ja bym chyba pełzła na podbiegach :) więc za to biję pokłony ;)
    to co, kiedy następny półmaraton??

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulacje! Super wynik i jeszcze tyle podbiegów! Ale swoją drogą ta trasa musi być bajecznie piękna!!!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Niech idzie w świat!