wtorek, 22 lipca 2014

XXI Imieliński Cross Ekologiczny - droga przez mękę i rozczarowanie.

Oj długo zbierałam się by napisać o tym biegu... Niech Was kochani tytuł nie zmyli bo rozczarowałam samą siebie, natomiast sam bieg i jego organizacja to czysta profeska. Ale od początku.
Od lewej: Tomek, Krysia, ja, Justyna i na dole Maćko, Paweł - jeszcze przed biegiem.





Autor zdjęć: Agnieszka - narzeczona Maćka :)
Na same zawody wybraliśmy się grupą kilku zapaleńców. Sam bieg zaczynał się o godzinie 16.00 więc zasadniczo spokojnie po obiadku (ja po grillu na RODOS), naładowani energią i pozytywnymi myślami, ruszyliśmy do Imielina. Po odebraniu pakietu startowego i przebraniu się w obskurnym magazynie (to była masakra!) ruszyliśmy na rozgrzewkę. Pogoda słoneczna, ciepło, wręcz parno - jak przed burzą. W sumie pomyślałam, że jakby zaczęło padać to w cale nie byłoby tak źle.

Wszyscy się wypinają tylko nie ja ;)

Pomachać nóżkami trzeba ;) z Justyną. Autor zdjęć: Agnieszka - narzeczona Maćka :)

Gdy zaczęliśmy ustawiać się na stracie pogoda coraz bardziej się zmieniała, zrobiło się pochmurno, jeszcze bardziej parno, powietrze wisiało ciężko nad głowami i prędzej można było je ugryźć niż wciągnąć nosem. Mimo to uśmiech nie schodził nam z twarzy!


Autor zdjęć: Agnieszka - narzeczona Maćka :)

No i ruszyliśmy, miałam nieśmiały plan pobiec ze średnim tempem 5:35 - 5:40.... Początkowo ruszyłyśmy w trójkę (ja, Justyna i Krysia), ale po około 2 km z Justyną nieco przyspieszyłyśmy, Krysia bardzo mądrze postanowiła nie forsować kolana, które i tak wiele przeszło.

"Justyna uwaga zdjęcia - prostujemy się i uśmiech!"
Od samego początku biegło mi się fatalnie, oj taką marudą to jeszcze chyba nie byłam (jeśli chodzi o bieganie oczywiście). Justyna musiała mieć do mnie anielską cierpliwość. Pewnie pomyślicie, że "kiepskiej baletnicy zawadza rąbek spódnicy" - czy jakoś tak ;). Ale faktycznie mnie zawadzał chip. Z takim chipem jeszcze nie biegłam - zapinany na rzep wokół kostki w kształcie prostokąta, który przez połowę trasy obcierał mi kostkę. Potem obtarł mnie but na pięcie, więc już nawet tej kostki nie czułam. W między czasie złapała mnie kolka, która potem przeniosła się na krzyż - więc to chyba kolka nie była (??). No widzicie? Marudzę! Ale pogoda to dopiero mi dała popalić. Jak już wspomniałam na początku było parno, duszno i niesamowicie ciężko (zero wiatru), potem gdy dobiegliśmy do Zbiornika Dziećkowice (trasa biegła brzegiem tego zbiornika na otwartym terenie), zaczął padać deszcz, ale nie on był najgorszy! Do szału doprowadzał nas silny wiatr wiejący w twarz - ciężko było oddychać, wrażenie jakby się biegło pod górkę. Potem wyszło słońce i już sama nie wiedziałam co gorsze!


Justyna - moje nieocenione wsparcie!
Byłam już tak zmęczona, wściekła na but, chip i wiatr, a Garmin jeszcze mi dokuczał pokazując średnie tempo w okolicach 6 min/km. Cały mój skryty plan poszedł w las! I tylko dzięki Justynie jeszcze starałam się nie zwalniać bardziej! DZIĘKI KOCHANA, ŻE MNIE TAK WSPIERAŁAŚ! Gdy już myślałam, że nic mnie więcej nie dobije - okazało się, że 2 kilometry to trasa z piachem pod stopami. Po tych 2 kilometrach uwierzcie mi, moje nogi były jak kłody a łydki paliły z bólu. Gdy dobiegłyśmy do 19 kilometra, postanowiłam przyspieszyć na maksa. Rozpędziłam się, spięłam pośladki ile się dało a tu patrzę - już meta! No i z 20 kilometrów zrobiło się 19,3.

Kilka zdjęć z finiszu:



Autor zdjęć: Agnieszka - narzeczona Maćka :)

Autor zdjęć: Agnieszka - narzeczona Maćka :)

No dobra ale pomijając moją fatalną formę, trudne warunki pogodowe i uwieranie buta tudzież chipa, cały bieg oceniam bardzo wysoko! Przede wszystkim miłym zaskoczeniem były punkty odżywcze, którymi trasa była wręcz usiana, człowiek, jak to stwierdził kolega Tomasz, nie tylko mógł się napić ale i wykąpać! Ba, na 12 kilometrze była kurtyna wodna! Cała trasa ciekawa aczkolwiek jak na Cross to tego crossu w mojej ocenie za dużo nie było. Krótkie odcinki trasy biegnące przez las niewiele wspólnego miały z bieganiem po leśnym runie, niestety biegliśmy po płytach betonowych. Z tych nieco ponad 19 kilometrów, może ze 4 były w moim odczucie crossowe, ale może się nie znam ;).
Sama organizacja - super! Kibice - fantastyczni!



Uffff już po......


Ostatki endorfinowych sił.
Po biegu oczywiście zasłużony medal, woda i posiłek! Jeeeeeeeeeee krupnik, stek, kiełabasa, kto co woli! A na deser - lody!




A no i na koniec mój wynik:
czas 01:55:32, miejsce open 175, wśród kobiet - 25, miejsce w kategorii - 7. 

Czy pobiegnę za rok? TAK TAK TAK! W takim towarzystwie zawsze i wszędzie!




6 komentarzy :

  1. Taka walka czyni człowieka lepszym. Sam uważam, że wynik wynikiem, sukces sukcesem ale to walka i pokonywanie trudności jest najważniejsze. Gratuluję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co by to były za biegi gdyby wszystkie miały idealne warunki nic w ich pokonywaniu nie przeszkadzało. Nudne by to było. A tak przynajmniej masz ciekawe, nie koniecznie przyjemne, doświadczenie za sobą. Gratuluje ukończenia i pokonania przeciwności.

    OdpowiedzUsuń
  3. zrobiłaś kawał dobrej roboty! chociaż wszystko zdawało się sprzysiąc przeciwko Tobie, to się nie dałaś i SUPER!!!! Gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale chyba cały ten bieg był zmotywowany tym ostatnim, czyli lodem :)
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  5. e no, motywacja w postaci lodów i obiadu najlepsza :D mam nadzieję, że za rok pojedziemy większą ekipą :)

    OdpowiedzUsuń
  6. nie no,gratulacje
    dlaczego masz być na siebie zła ? bądź dumna masz z czego !

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Niech idzie w świat!