niedziela, 31 sierpnia 2014

Mój sposób na "nienudne" bieganie.

Miewacie czasami podczas treningu myśli pod tytułem NUDNO MI!? I z nudy tej macie ochotę wrócić do domu? No tak w czasie biegania mamy chwilę dla siebie, na rozmyślanie, na zajrzenie wgłąb swej duszy, odnalezienie swojego prawdziwego JA..... Hmmmmmmm... No ok ale jak ktoś biega przynajmniej trzy razy w tygodniu i zajmuje mu to przynajmniej godzinę czasu to nie uwierzę, że za każdym razem rozmyśla nad egzystencją i marnością dnia codziennego. Ponoć mądrzy ludzie nawet sami z sobą się nie nudzą... no cóż jednak nie jestem aż tak bystra jak mi się wydawało. Otóż bywa i tak, że nuda i mnie dopada, zawiesza kulę u nogi i usilnie próbuje zawrócić mnie do domu. Jak z nią walczyć?

Ja mam kilka sposobów:

1. Biegać w towarzystwie. Sprawa oczywista, można pogadać, a nawet jeśli nie można (bo jakoś tak zadyszka akurat dokucza), to i pomilczeć razem raźniej, no i jak tu nie biec skoro ON, ONA biegnie dalej!

2. Muzyka łagodzi obyczaje i pomaga zwalczać nudę. No i jakoś tak czas szybciej leci a kilometry mijają niepostrzeżenie.

3. Biegać spontanicznie, różnorodnie i traktować biegania jako sposób na poznawanie okolicy. Wam też Wasze okolice się skurczyły? A  może raczej rozrosły i sięgają dużo dalej niż wtedy gdy nie biegaliście. Nagle zaczyna być problemem wyznaczenie trasy na dłuższe wybieganie, bo ileż razy można mijać ten sam kościółek?



O ile punkt 1 i 2 nie wymaga dużej filozofii, to punkt numer 3 już jest większym wyzwaniem. W takim razie jak ja to robię? Otóż robię to tak: w dzień, kiedy mam w planie bieganie (w planie w sensie, chęć a nie to co mi drzwi lodówki każą robić - u Was też sprawy bieżące wiszą na lodówce?), mniej więcej określam jaki dystans chcę pokonać i obmyślam trasę. Obmyślam to nie do końca dobre słowo, ponieważ jest to raczej spontaniczna decyzja, wyrysowanie trasy, sprawdzenie z grubsza czy po drodze nie będzie nagle zwiniętego asfaltu albo co gorsza muru nie do pokonania. Odkąd w naszym pięknym kraju mamy możliwość użycia Street View, sprawdzenie trasy stało się o niebo prostsze. Co niestety nie wyklucza drobnym niespodzianek na trasie.

Wiem, że są tacy, którzy nie pobiegną trasą, której wcześniej nie poznali, czują się niepewnie i niekomfortowo. Rozumiem to. Ja natomiast bardzo lubię takie "bieganie w nieznane". Bieganie w ten sposób zabija nudę, zabija rutynę i dodaje adrenaliny. Ech no zdarza mi się pomylić drogę, staram się jak mogę aczkolwiek nie zawsze jestem w stanie zapamiętaj kolejność ulic czy poszczególne miejsca strategiczne, które pomagają ustalić kierunek biegu. No ale jak to się mówi "koniec języka za przewodnika". Jak mam przy sobie fona to sprawdzam mapę, jak nie to pytam o drogę. Co jest jeszcze fajnego w takim bieganiu? Świadomość, że muszę zrobić założony kilometraż, bo jak nie to do domu nie wrócę!


Dzisiaj zrobiłam sobie właśnie takie oto wybieganie. Fakt, że musiałam je skrócić nieco, dlaczego - napisze za chwilkę. Po śniadanku otworzyłam swoje Endo, zerknęłam na utworzone trasy (mam ich kilka w zanadrzu), wybrałam dwie. Przejrzałam je na Street View i biorąc pod uwagę bezpieczeństwo - postanowiłam, że dzisiaj potowarzyszy mi mój syn na rowerze - wybrałam trasę nieco dłuższą, za to biegnącą po drogach mniej ruchliwych. Spojrzałam za okno, no cóż jest całkiem fajna pogoda, upału się nie spodziewałam. Około godziny 11 wyruszyliśmy. Pierwsze 10 km minęło błyskawicznie. Ciągłe upominanie syna i wołanie "nie tak szybko!", "jedź prosto!", "nie wjeżdżaj mi pod nogi!" skutecznie odwracało moją uwagę. Trasa - częściowo znana, w części nieznanej przyszykowała kilka niespodzianek. Piękna trasa za Szałszą nagle została zamknięta. Dosłownie! Przy kościele wielka brama z kłódką informowała TĘDY NIE PRZEJEDZIESZ! Zawiedziona byłam ja, Michał i jeszcze dwóch rowerzystów. No trudno, LECIMY DALEJ. Nudy nie widać, za to upał dokucza (tego się nie spodziewałam), młody wodę wypił, podłączył się do mojego wodopoju i trzeba było szukać sklepu w polu. Kilka kilometrów dalej - HEJ PRZYGODO! - wbiegamy (ja wbiegam, Michał wjeżdża) w las i droga, która na mapie była dość sporą drogą okazuje się być błotną zasadzką. No cóż marszobiegi też są fajne! ;).









Nudno? NIE! Ostatecznie zrobiliśmy 22 kilometry - KLIK, w znalezionym sklepie zakupiliśmy lody, coś do picia i zadzwoniłam po szanownego małżonka bo jakimś dziwnym trafem czas mnie oszukał i pokazał, że za godzinę mam być u Mamy na urodzinach. Nie było wyjścia - wycieczkę musiałam zakończyć 8 kilometrów prze metą.




No dobra to akurat był przykład dosyć ekstremalny, aczkolwiek schemat się powtarza. Bieganie spontaniczne, krajoznawcze, "nienudne" to coś, co lubię najbardziej! Gorąco zachęcam Was do takiego biegania!

4 komentarze :

  1. Ścieżki z kałużami prawie jak moje sobotnie ;) Podziwiam Cię - tyle kilometrów przebiec.. zanim ja dojdę do takiego etapu, to całkiem osiwieję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj dojdziesz do takiego kilometrażu szybciej niż Ci się wydaje :)

      Usuń
  2. świetny pomysł na połączenie biegania z rodzinną wycieczką! młody pewnie był zachwycony! no a tobie nie nudziło się z pewnością, nie dość, ze takie towarzystwo, to jeszcze trasa - jak widać po zdjęciach - bardzo sympatyczna:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, młody zadowolony bardzo! Zwłaszcza z faktu zjedzenia loda ;). A trasa owszem sympatyczna, no może z małym wyjątkiem drogi bez pobocza.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Niech idzie w świat!