piątek, 12 września 2014

II Parkowy Półmaraton - całkiem niemałe wyzwanie.

Park Śląski po raz czwarty! Ach jaka szkoda, że nie mieszkam bliżej tego cudownego miejsca! Tym razem w iście letnim entourage'u [anturażu] przebiegłam tam półmaraton. Były to moje drugie zawody na tym dystansie, pierwsze odbyły się w Żywcu - KLIK. Po drodze miałam jeszcze okazję wystartować w Imielinie na dystansie około 20 km - KLIK. Szczerze mówiąc (pisząc), bardzo lubię ten dystans. Jest on jak dla mnie optymalny, nieco dłuższy niż typowe dystanse biegane w tygodniu, ale i nie za długi, tak w sam raz do ogarnięcia. 

Zdecydowałam się na ten półmaraton właśnie ze względu na to fantastyczne miejsce jakim jest Park Śląski, jednocześnie niepokoił i deprymował mnie fakt iż na cały dystans składały się trzy pętle. A wiecie już dobrze (bo chyba już mnie trochę poznaliście), że ja bardzo nie lubię biegać w kółko! No ale nie zawsze wszystko jest tak jak byśmy chcieli, więc nie pozostaje nam nic innego jak zacisnąć zęby i iść na kompromis. 





Dzięki uprzejmości kolegi Dawida, który dzień wcześniej odebrał mój pakiet startowy, na sam bieg pojechałam z całą rodzinką na spokojnie, nie spiesząc się zbytnio. Jedyne na co musiałam zdążyć to na zapisy do biegu dla dzieci. Mój kochany pierworodny wytknął mi ostatnio, że ja to tylko biegam i medale przynoszę, a on ma tylko jeden medal, Biorąc pod uwagę, że koleżanka z klasy ma aż trzy.... no cóż jest co nadrabiać. 

Na miejscu szybko odnalazłam znajomych (ekipa jak zwykle nie zawiodła, uwielbiam tych ludzi!) i popędziłam zapisać młodego na zawody. Chwila dla reportera (Gosia i Magda), potem poszukiwanie Pawła (mąż) i Julinki. Gdy wróciłam na start, aż się zdziwiłam, że te ludzi biegnie, próbowałam w tłumie wypatrzeć MAĆKA, ale mój wzrost z metra cięty skutecznie mi utrudniał widoczność.


10.00 - ruszyli!! Ja grzecznie stałam z boku przepuszczając tych co i tak by mnie pewnie wyprzedzili. Ruszyłam po jakiejś minucie. Już kilka metrów za startem odnalazł mnie Maciek. Ufffff dzięki wielkie za Twoje towarzystwo i trzymanie tempa! I tak sobie biegliśmy 16 kilometrów podziwiając otaczającą nas przyrodę ;). 





A co było po 16 kilometrze? Wygoniłam Maćka do przodu. Nie będę przecież kulą u nogi, choć wiem, że gdybym poprosiła to Maciek by ze mną został, ale jako ambitna istota nie pozwoliłabym na to. Bieg ten potraktowałam nieco eksperymentalnie, biegłam bez własnego wodopoju i bez prowiantu (czyt. wody i żeli ;)). Chciałam sprawdzić, czy punkty żywieniowe na trasie mi wystarczą. No cóż myślę, że jakby upał tak nie dokuczał to by nie było tak źle, a tym czasem z utęsknieniem wypatrywałam stolików z cudownym, leczniczym napojem, ratującym moje skwierczące już komórki.
Po 16 kilometrze rozpoczął się najmniej przyjemna część trasy - podbieg. Ten, kto tam biegł, ten wie, że potrafi dać w kość. Dał w kość i mnie. 



Śniło Wam się kiedyś, że biegniecie, z całych sił przebieracie nogami a mimo to stoicie w miejscu? Mnie się to śniło kilka razy, niestety tym razem to nie był sen. To się działo! Serce, głowa (mimo kołaczącego się w niej "NIE DASZ RADY"), chciało biec, ale jakoś moje nogi nie słuchały się kompletnie. Czułam się jakby mi mi ktoś kabel z prądem od tyłka odłączył. Pomyślałam sobie w tej chwili o odkurzaczu, który nagle przestaje działać bo kabel odłączył się od gniazdka ;). Do ostatniego wodopoju spokojnie podeptałam, wypiłam kubek wody, kubek izotoniku i jeszcze jeden kubek wody wylałam sobie na plecy. Podziałało! Ruszyłam do przodu nawołując po drodze do przechodzących w masz biegaczy by się nie poddawali, bo zostało tak niewiele! 

Metę przekroczyłam z czasem netto 02:00:34!





Miałam nie łamać dwóch godzin, tym bardziej zaskoczył mnie mój czas. Gdyby nie to odcięcie paliwa..... Teraz już wiem, że jeden mały żelik nie zaszkodzi, w Żywcu dał mi siłę z czego sobie wcześniej sprawy nie zdawałam nie mając porównania. Każdy bieg uczy nas czegoś nowego, coraz więcej dowiadujemy się o nas samych, o naszych mocnych stronach i słabościach. 

Przede mną jeszcze dwa półmaratony w tym sezonie..... powalczę.....

Gratuluję świetnego wyniku Dawidowi (01:25:47) i Maćkowi (01:55:44) oraz wszystkim, których miałam okazję poznać na trasie i przed biegiem! Pozdrawiam serdecznie! Widzimy się za rok!






Serdecznie dziękuję organizatorom za super zawody, niczego bym w nich nie zmieniła, może tylko to, że banany były tak usytuowane, że sporo osób w ogóle ich nie zauważyło. Poza tym trasa fajna mimo podbiegu, a może właśnie dzięki niemu - o nudzie nie ma mowy. Imprezy towarzyszące pozwoliły mojej rodzince miło spędzić czas. Nie obyło się bez wypadku. Mój synuś wyrżnął na deskorolce zdzierając sobie nieco skóry z buźki, natomiast reakcja Pana z meleksa zrobiła na mnie wrażenie. Szybko poleciał po wodę by obmyć ranę, dał młodemu jeszcze napój witaminowy na pocieszenie i pomógł odnaleźć nieodebrany dyplom (medali dla dzieci nie było - no cóż trzeba gonić koleżankę). Dziękujemy! Tylko szkoda mi jednego - bieg dzieci odbył się pięć minut po naszym stracie, więc nie miałam okazji obejrzeć swojej pociechy w akcji.

I na koniec mapka:




2 komentarze :

  1. Graulacje! - Parkowy to jeden z cięższych półmaratonów; biegniesz I Gliwicki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Agnieszko, to prawda łatwy nie był.
      Tak, biegnę Gliwicki a wcześniej Bytomski :) A gdzieś tam w międzyczasie maraton w Katowicach. Mam nadzieję, że nie będę siebie przeklinać przez następny miesiąc ;).

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Niech idzie w świat!