poniedziałek, 13 października 2014

Silesia Marathon - bo nie taki diabeł straszny jak go malują! Mój debiut.



Niemożliwym wydaje się fakt, że to już za mną. Od chwili kiedy postanowiłam wystartować w Silesia Marathon minęło pół roku. Czy dobrze te pół roku przepracowałam? Nie wiem. Plan treningowy wisiał na lodówce. Nie stosowałam się do niego wcale. Po każdym tygodniu mówiłam sobie, że od następnego to już na pewno będę się go trzymać. Terefere. Biegałam tak jak do tej pory, czyli tak jak chciałam i kiedy chciałam. Oczywiście wiem, że jest to podejście mało profesjonalne ale halo halo czy ja przypadkiem nie jestem amatorem, który bieganie traktuje jako miłą odskocznię od dnia codziennego, pracy, obowiązków? Długie wybieganie zrobiłam tylko jedno - spontaniczny wypad do Chudowa (30 km), na więcej zabrakło czasu i sposobności. Po drodze do maratonu wystartowałam w kilku zawodach, zrobiłam kilka interwałów, generalnie nadal bieganie dostosowywałam do życia a nie życie do biegania. A życie mnie nie rozpieszczało, dwuletnia walka Taty z rakiem zaczynała stawać się walką z wiatrakami. Na dwa tygodnie przed maratonem, jego światełko zgasło. Nie miałam głowy do niczego, a tym bardziej do myślenia o bieganiu. Przez myśl przeszło mi nawet aby "olać" ten start. Ale czy to by coś zmieniło? Nic. Skoro się już zdecydowałam to pobiegnę, najwyżej doczłapię do mety na czterech.





W sobotę, w wieczór przed startem odebrałam pakiet startowy. Przyszykowałam sobie ubranie, bidony, żele, naładowałam mp3 i poszłam spać z myślą, że będzie co będzie, na nic się nie nastawiam. No może nastawiałam się na jedno - jak zawsze miło spędzone chwile z ludźmi, bez których już się obejść nie mogę!


Niedziela - TEN DZIEŃ. Godzina 7.25 melduję się pod blokiem i czekam na Maćka. Przyjeżdża wraz z Agnieszką i Magdą i jedziemy po Justynę. W drodze do Katowic humor nam dopisuje, wszyscy jesteśmy podekscytowani. Chyba każdy z nas czuł się jak dzieciak pierwszego dnia w przedszkolu - niby fajnie, niby zabawa ale tak właściwie dlaczego tu jesteśmy i o co w tym wszystkim chodzi. Zarówno Maciek jak i Justyna a tym bardziej ja, szliśmy na żywioł nie wiedząc tak na prawdę na co nas  stać i czego się spodziewać. Po cichu mieliśmy nadzieję na to, że może jednak ostatni nie będziemy i uda nam się zmieścić w nieśmiało zakładanym czasie.


Na miejscu (parking Silesia Center) udało nam się zaparkować blisko szatni. Z Justyną szybka (Maciek twierdzi, że długo) poszłyśmy się przebrać. W szatni (damskiej) poznałyśmy trzech miłych panów, po krótkiej rozmowie i życzeniu sobie nawzajem powodzenia wróciłyśmy do auta. Ostatnie poprawki numerków i idziemy na rozgrzewkę.




Pierwsze o czym pomyślałam po wyjściu na dwór to "o rany ale zimno". Po krótkiej rozgrzewce udaliśmy się w okolice startu. Ekscytacja rosła z każdą minutą. Uzgodniłyśmy z Justyną, że będziemy biegły spokojnie, tak by można było rozmawiać. Nieśmiało ustawiłyśmy się za balonikami 4:30, Po cichu miałam nadzieję, że dotrzymam im kroku.

Rozgrzewka :)




9.00 - ruszyli! Jak już wspomniałam, było mi zimno, mimo to humor dopisywał, w koło mnóstwo pozytywnie zakręconych ludzi. Biegło się przyjemnie, słoneczko zaczynało wyglądać zza chmur, dokoła słychać było przeróżne rozmowy, a to na temat innych maratonów, pogody, planów treningowych, zakładanego tempa.....

Generalnie do około 26 kilometra biegłyśmy razem, kilometry mijały szybko, a ja czułam się jak na jakimś spotkaniu towarzyskim, a nie na zawodach. Towarzystwa dotrzymywali nam przesympatyczni panowie, zagadując a to o ilość startów, a to o staż biegowy. Niesamowite ilu ludzi można poznać i ile się można o nich dowiedzieć podczas kilku kilometrów wspólnego biegu. Serdecznie pozdrawiam Pana z numerem 1425 :).

Ja, Justyna i Czasoumilacz ;)

Nikiszowiec
Po 23 kilometrze coraz mniej się nam chciało
rozmawiać, czuć było już te kilometry, a świadomość "drugiego tyle" skutecznie studziła nasze towarzyskie zapędy. Postanowiłyśmy z Justyną dać się ponieść muzyce z mp3 i od tego momentu biec już na własny rachunek. Tak właściwie nie wiem dokładnie kiedy się rozdzieliłyśmy. Koło 27 kilometra wbiegaliśmy na Nikiszowiec - wtedy już byłam bez Justyny. Sam Nikiszowiec widziałam pierwszy raz i zrobił na mnie duże wrażenie, niesamowite miejsce, jak inny świat. Kibice byli genialni, z resztą nie tylko na Nikiszowcu, na całej trasie w strefach kibica mogłam liczyć na doping i wsparcie.


No właśnie - WSPARCIE - słowo klucz. Cały czas staram się trzymać równe tempo, podbiegi nie pomagały ale szczerze mówiąc nie dały mi w kość jak te w Bytomiu. Obrałam strategię patrzenia się w beton. Jak tylko podniosłam wzrok, odruchowo zaczynałam zwalniać, jakby pokonanie podbiegu nie było kwestią nóg tylko oczy! No cóż prawda jest taka, że nogi to jedno ale głowa..... no cóż to nasze centrum dowodzenia, potrafi nieźle nas oszukać.

Podbiegi podbiegami, ale upływające kilometry i czas zaczynały wywoływać we mnie frustrację. Zaczynałam myśleć o tym, że tak właściwie to już mi się nie chce biec. Byłam już dość zmęczona, nogi zaczynały pobolewać. W tej chwili postanowiłam, że poproszę o wsparcie Tatę. Zaczęłam gadać do niego, prosić aby popchnął mnie jeszcze trochę, chociaż te 5 kilometrów a potem to już sama dam radę. Nie wiem, czy wierzyć, że faktycznie Tata mi pomagał, ale chyba podświadomie dawało mi to taką siłę, że zaczynałam przyspieszać. Mogłam skupić się na biegu, liczyć kilometry.

Gdzieś na trasie...

35 kilometr - słyszeliście o czymś takim jak ściana? Ja słyszałam i nie wiem czemu zbliżając się do 35 kilometra ciągle powtarzałam sobie, że teraz to będzie najgorsze, że teraz to dopiero się zaczyna maraton. I wiecie co? I prawie w to uwierzyłam! Minęłam 35 kilometr i nie stało się NIC! Czekałam na potwora, którego po prostu nie było. Owszem byłam zmęczona ale ze ścianą o której czytałam nie miało to raczej nic wspólnego. Najgorsze było to, że mijałam mnóstwo osób maszerujących. Ich widok powodował, że i ja miałam chęć przejść się kawałek, ale jak tylko przemknęło mi to przez myśl powtarzałam sobie, że przecież mam jeszcze siły biec, że jak będę biegła to szybciej będę to miała za sobą. Bo nie ukrywam, że NUDZIŁO MI SIĘ. Chciałam już dopiec do mety i napić się kawy! ;).  Od tego momentu z niecierpliwością wypatrywałam chorągiewki odmierzającej kolejny kilometr. Jeszcze tylko 7, 6, 5, 4.... gdzieś po drodze minęłam zajączków na 4:30. Popatrzyłam na Grześka - jest szansa na wbiegnięcie na metę w okolicach tego czasu. Szybkie obliczenia i ruszyłam do przodu. Sama końcówka praktycznie cały czas pod górkę. Przede mną kilka zawodniczek..... cel - muszę je wyprzedzić - strategia celów pośrednich sprawdziła się tu idealnie. O ile na treningach mówiłam sobie "jeszcze do następnego drzewa", to tutaj tymi drzewami były te super babki, które jak ja walczyły ze swoimi słabościami, bolącymi nogami i głodem - o rany jaka ja byłam głodna! Jeszcze na sam koniec łapczywie sięgałam po banany.





Ostatnia prosta, ostatni kilometr! Cholera i jeszcze pod górkę! Widzę już metę, widzę Maćka, Magdę, Agnieszkę, widzę Gosię (wielka szkoda, że nie mogłaś biec z nami). Wszyscy dopingują, wołają, Maciek robi ze mnę kilka kroków, mnie już nic nie boli, są tylko endorfiny!!! Dobiegam do mety, ktoś mi daje medal, ktoś inny koc termiczny i izotonik, idę przed siebie - w sumie nie wiem gdzie, nagle łapie mnie Paweł (małżonek osobisty), gratuluje, przytula. Jeszcze chwilę spaceruję, próbuję uspokoić oddech. Po chwili docieram do znajomych. Wszyscy zadowoleni, uśmiechnięci z wspaniałymi czasami. Dawid złamał trzy godziny, Maciek złamał 4 godziny a ja uzyskałam czas netto 4:30 i 14 sekund! Czekamy jeszcze na Justynę, JEST!, dobiega z czasem około 4:50!
I to już? To już za nami? JESTEŚMY MARATOŃCZYKAMI!



Moje międzyczasy - udało się w miarę trzymać tempo.



Dawid, Gosia, ja i Maciek.

I jeszcze podskok na endorfinowym haju.

Maciek, Justyna, Ja i Dawid

Gwiazdy! ;) 


ps. Trasa maratonu świetna, mnóstwo zieleni, ciekawe okolice i fantastyczni kibice! Dziękuję i widzimy się za rok! 



20 komentarzy :

  1. Gratulacje:) Witaj w gronie Maratończyków:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super! Gratulacje! Zapraszam do Poznania! Zmniejszyli ilość podbiegów i ponoć jest przyjemniej! Może za rok pobiegnę z Tobą! Brawo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A chętnie zawitam do Poznania:-) i jak najbardziej zapraszam do nas :-D.

      Usuń
  3. Dobra robota, zarówno bieg, jak i wpis ! :) TAK, jesteśmy MARATOŃCZYKAMI ! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratuluję MARATONKO ;) A w końcówce, gdy widzę maszerujących ludzi mam podobnie, z jednej strony działają na mnie demobilizująco, ale wtedy właśnie sobie powtarzam "trzymaj tempo, biegnij, będziesz miała to szybciej z głowy" :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przykro mi z powodu twojego taty :( musiało to być dla ciebie ciężkie przeżycie. Wzruszyłam się jak pisałaś o jego wsparciu na trasie. Gratuluję maratonu, świetny czas! I świetna relacja, poczułam dreszcz emocji, bo za rok chyba mnie przyjdzie czas ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratuluję, jesteś wspaniała! a Twoje oczekiwanie na ścianę, której nie było ... czasem tak jest, że to czego się spodziewamy jest czymś zdecydowanie gorszym niż się potem okazuje:) jak to mówią, nie taki diabeł straszny, jak go malują:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeszcze raz gratuluje. Super tekst :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratulacje wyniku i debiutu na dystansie maratońskim. Przyznam, że dla mnie widok osób, które zatrzymują się po drodze, działa motywująco i daje kopniaka energii. W Poznaniu, mniej więcej od 26-27km to był coraz częstszy widok. Ostatnie 2km były pod górę, poleciałem na maksa sił, przez co nie spadła mi prędkość i utrzymałem 5:10/km :) Trzeba znaleźć swój sposób, który działa najlepiej. Polecam Poznań za rok, super trasa, kibice i organizacja, nie czuło się, że biegnie 6 tysięcy ludzi :)
    Powodzenia w kolejnych startach!

    OdpowiedzUsuń
  9. Uwielbiam wpisy z taką dawką zdjęć, przyjemnie się czyta i ogląda. Prawie jak by się samemu tam było.. :) Gratuluje przebiegnięcia maratonu!!

    Pozdrawiam

    http://fitfunmamarun.blogspot.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i cieszę się, że się spodobał :) Właśnie o to mi chodziło, żeby jak najlepiej przekazać to co czułam podczas tego debiutu! :)

      Usuń
  10. Pierwszy maraton to musi być coś wspanialego.. poszperałam po Twoim blogu i trafiłam na ten wpis.. Piękne, niesamowite przeżcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Oj tak niezapomniane chwile i mega emocje!

      Usuń
  11. Jest czego gratulować ;) pko wrocław maraton no ogromna impreza i start na niej oraz dotarcie do mety, to już duży wyczyn :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, był to dla mnie wyczyn :) Każdy maraton ma w sobie coś.....

      Usuń
  12. 3 pazdziernika 2015 wieczorem czytałem ten artykuł 4 pazdziernika 2015 o 9:00 wystartowalem w silesiamaraton ukonczony z czasem 4 00 35

    dzieki za podjecie decyzji

    pozdrawiam maratonczyk z Rudy Slaskiej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że choć w malutkim stopniu mam udział w Twoim sukcesie! Życzę dalszych rewelacyjnych wyników i satysfakcji z każdego przebiegniętego kilometra! :) Pozdrawiam!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Niech idzie w świat!