wtorek, 14 kwietnia 2015

42, 42 i 4:12! Dębno Maraton zaliczony!

Siedzę sobie na kanapie, wcinam ciastka i myślę sobie, co by tu zrobić by już przestało mnie wszystko boleć! Tak! Dwa dni temu przebiegłam swój drugi MARATON!

Do Dębna wybrałam się dzień wcześniej - opcji innej raczej nie było, w końcu od Dębna dzieli mnie prawie 500 kilometrów. Wszyscy razem (ekipa mocy!) spotkaliśmy się przy biurze zawodów. Pakiety odebraliśmy, najedliśmy się makaronu i udaliśmy się do Ośla gdzie zamierzaliśmy się wyspać przed zawodami. Z tym wyspaniem to tak średnio wyszło, bo nie obeszło się bez pokojowej integracji przy cieście i świętej Julii* (ponoć niezbędnik do bicia rekordów). 

Od lewej, na górze: Mariusz, Kasia, Ewa, Piotr, Gosia, Wojtek, na dole: Robert, Artur, ja i Aldona.



Pasta Party! na zdjęciu z Piotrem (po lewej) i Mariuszem (po prawej).

No dobra koło północy grzecznie wszyscy (???) poszli spać. Wstawało się opornie. Może to przez lekki stres? Po śniadanku wskoczyliśmy w stroje biegowe, spakowaliśmy rzeczy, sprawdziliśmy czy na pewno wszystko co niezbędne mamy przygotowane i ruszyliśmy do Dębna. 
Pogoda - chłodno było, no powiedziałabym nawet, że zimno. Planów garderobianych nie zmieniałam, okulary przeciwsłoneczne wzięłam (tym razem zielone, a co!), plecak a raczej bukłak napełniłam, słuchawki spakowałam, żele i pomadkę też. 

Na miejscu, szybkie wciągnięcie dwóch bananów, mała zagwózdka numerkowa - albo te numery są coraz większe albo ja się kurczę! 

I lecimy na START! Oho jeszcze tojtoj po drodze i już! 

Odliczanie! Widzimy znajomych - życzymy sobie powodzenia.... i ruszyli. Grzecznie ustawiliśmy się (ja, Gosia i Piotr) przy balonikach na 4:00. Postanowiłam, że spróbuję złamać czwórkę, wręcz to zadeklarowałam, więc jak to się mówi "słowo się rzekło"!

Biegło mi się całkiem fajnie, nawet nie miałam tego głupiego uczucie ciężkich nóg, jakie zwykle mam do około 5 kilometra. Słońce świeciło, gorąco się zrobiło, jednocześnie wiatr wiał jak szalony. Zaczęłam klnąć na (jak zwykle) moje włosy. Czy długie, czy krótkie - i tak przeszkadzają! 

I tak biegłam sobie sama (niestety sama, bo Gosia i Piotr zatrzymali się na punkcie odżywczym i już się nie znaleźliśmy) i było wszystko jak być powinno, aż do około 18 kilometra. 

Tutaj baloniki na 4:00 są za mną (jeszcze, ale już nie długo).


W tym momencie zaczęło się dziać coś bardzo niepokojącego. Zaczęłam odczuwać dyskomfort w lewej nodze, czwórka (ta liczba to chyba jakiś znak) bliżej kolana zaczęła mi doskwierać coraz bardziej. Zaniepokoiło mnie to, bo i owszem z bólem da się biec, ale czy uda mi się utrzymać tempo?

Około 20 kilometra już wiedziałam, że NIE! Noga bolała co raz bardziej, szlak mnie zaczął trafiać, bo przecież szło(biegło) mi tak dobrze. W tym momencie odpuściłam. Wiedziałam, że inaczej nie mogę bo nie dobiegnę, a nie ukrywam, że na pewno nie chciałam mieć gorszego czasu niż na SILESIA MARATHON. Wszyscy, których udało mi się wyprzedzić, zaczęli wyprzedzać mnie. Fatalne uczucie.... I jeszcze ta trasa.... powtarzające się pętle.... biegniesz i mijasz znacznik 38 kilometra a wiesz, że to twój ledwo 21 kilometr.... i te długie, proste odcinki! Szczerze - żaden bieg mnie tak psychicznie nie sponiewierał jak ten! I ten cholerny mięsień. 

Około 26 kilometra założyłam słuchawki - musiałam się odciąć, nie myśleć o nodze. Ból jakby zmalał, za to wiatr się wzmagał. Wiem, znowu marudzę.... ale tak właśnie było, będąc na 28 kilometrze miałam w głowie tylko Rihannę i myśl "po cholerę mi to było?"! 

Od 31 kilometra co jakiś czas przechodziłam w marsz, było to zaledwie kilka kroków, ale przynajmniej spokojnie zjadłam banana, napiłam się wody i poprzeklinałam (tu już nie spokojnie) na nogę. Po czym ruszałam dalej, standardowo co chwilę mijałam te same osoby, raz ja ich, raz one mnie! 

Od 35 kilometra postanowiłam, że dość, że już więcej zatrzymać się nie mogę! Że już chcę mieć to za sobą! Że choćbym miała co dziesięć sekund zerkać na zegarek i sprawdzać upływ metrów, to do jasnej ciasnej chcę już skończyć tą farsę!
Biegłam i biegłam i biegłam.... tabliczką Dębno 5 - czyli do mety jakieś 7? Zaczęło się odliczanie każdego kilometra, ale tak od końca ;) Wiecie..  jeszcze tylko 6, jeszcze tylko 5, jeszcze tylko 4... wbiegam do miasta. Znowu ta kostka brukowa (po raz czwarty), nogi mi się ślizgają, podeszwy bolą, ludzie robią ostatni nawrót, a ja wiem, że za dwa kilometry też tam będę! 

Mijam znacznik 40 kilometra! Patrzę na Grzesia a tam 03:59:00! Cholera miałam być już na mecie! Ale jest dobrze! I tak będzie piękna poprawa! Myślę sobie, o nie to w 4:15 już na pewno muszę się zmieścić! 
Mijam idących chłopaków (tak się do nich zwróciłam), wołam "no dalej jeszcze tylko dwa kilometry!", w odpowiedzi słyszę tylko "eeeeeeech". 

Widzę Roba, potem Aldonę (ależ cudnie wygląda z tą koroną)! 
Jeszcze tylko kilka minut! META! 
Czas 04:12:35


 

I wielka ulga......

Dostałam piękny medal, folię, jeszcze zrobiłam komuś zdjęcie... ledwo umiałam tego fona w ręku utrzymać... potem napad kaszlu - o tak jestem nadal chora! I idę na trasę wypatrywać Gosi i Piotra. 

Na zdjęciu poniżej wszyscy szczęśliwi z życiówkami, niektórzy z ukończoną koroną maratonów a co najważniejsze w fantastycznych humorach! 



Noga przestała boleć jak tylko skończyłam biec, nie wiem co to było ale na pewno odezwie się w Krakowie. Nabawiłam się dwóch maleńkich odcisków i czarnego paznokcia, tego samego co zawsze - on już chyba nigdy w dobrej kondycji nie będzie.....

DZIĘKUJĘ RAZ JESZCZE WSZYSTKIM ZNAJOMYM TYM OD DAWNA I TYM NOWYM, JESTEŚCIE NIESAMOWICI! 

Co do samego maratonu, no cóż, gdyby nie trasa to by mi się podobało.... bo do całej reszty nie mam zastrzeżeń, organizacja super, pasta party i posiłek po biegu - pycha, publika rewelacyjna, punkty odżywiania - na bogato! Tylko te pętle... ale przynajmniej miałam okazję biec a raczej śmignął obok mnie zwycięzca maratonu KIPKORIR KANGOGO Felix, który osiągnął czas 2:14:28.


*Święta Julia - trunek dostępny w znanej w Polce sieci dyskontowej, tylko dla osób dorosłych.


4 komentarze :

  1. Wielkie gratulacje dla Ciebie - pomimo bolącej nogi nie poddałaś się - jesteś wielka !!!
    A czarny paznokieć ? Też mam taki "ulubiony" - t.j. mały u lewej nogi - lubi mi schodzić nawet - no ale podobno biegacz bez schodzącego paznokcia to jak żołnierz bez karabinu :)

    Jeszcze raz serdeczne gratulacje !!! :) Pozdrawiam Szacun wielki !!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Małgosiu! :) cieszę się, że się poddałam, aczkolwiek nieco odpuściłam, no ale jesienią złamię czwórkę bo nie widzę inaczej ;)

      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  2. Gratuluję! Na każdym biegu jest walka z samym sobą, a na maratonie to już chyba w ogóle. Podziwiam i zazdroszczę, bo choć maraton u mnie w planach w październiku, to nadal jest dla mnie jakąś abstrakcją ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) pierwszy maraton to świetna sprawa, jak pierwsza randka ;) drugi i kolejny - już się ma pewne wymagania... i tu to dopiero jest walka ;)

      Pozdrawiam serdecznie! :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Niech idzie w świat!