czwartek, 2 kwietnia 2015

Półmaraton Żywiecki - powtórka, ale całkiem inna.

Taaaaak Półmaraton Żywiecki już za mną - szkoda!!! Jak było? Świetnie! Niby podobnie jak na innych biegach ale tym razem stało się coś, na co chyba czekałam dość długo... ale o tym za chwilkę.

Do Żywca wyruszyliśmy jak zwykle zgraną ekipą. Na miejscu spotkaliśmy wielu znajomych.
Jak w roku ubiegłym, tak i w tym, pobyt w Żywcu rozpoczęliśmy od kawy i ciastka w pobliskiej kawiarni "Alicja".





My tam gadu - gadu, a do startu trochę ponad pół godziny. A tu jeszcze trzeba się przebrać, sprawdzić prowiant ;), okablować się, ubrać e niezbędne akcesoria... i lecimy. No cóż tym razem pogoda bawiła się z nami w kotka i myszkę. Co kilka minut aura się zmieniała, raz grzało słoneczko, za chwilę wiatr przeszywał na wskroś. Dylemat odzieżowy urósł do rangi problemu numer jeden. Ostatecznie jak zwykle na trasie było mi za gorąco! Oj nie nauczę się nigdy! Na 7 minut przed startem jeszcze wracałam się do auta po okulary przeciwsłoneczne. Jak dotarłam na start, oczywiście stawałam na palcach starając się wypatrzeć znajomych w tłumie, ostatecznie nic to nie dało i ustawiłam się potulnie niemalże na końcu.


Jaki był plan?
No cóż plan był pobiec lepiej niż rok wcześniej, aczkolwiek w głowie miałam szatańską myśl zmieścić się w dwóch godzinach. Nie była bym sobą, gdybym nie poszła na całego.
Biegło mi się całkiem całkiem, trasę już znałam i niestety na psychikę to nie działało dobrze. Wiedziałam co mnie czeka i że to będzie bolało. Ale obiecałam sobie, że się nie poddam, że nie przejdę w masz na tych cholernym 19 kilometrze. I udało mi się! Pokonałam dziada mimo palących łydek! Nie napiszę Wam co czułam na poszczególnych etapach biegu, bo po prostu nie pamiętam! W głowie miałam tylko "BIEGNIJ"! Nerwowo po każdym (na prawdę każdym) kilometrze patrzyłam na międzyczasy. Wiedziałam, że aby zmieścić się w dwóch godzinach muszę biec ze średnim tempem 5:36. Na podbiegach starałam się nie zwalniać (pewnie dyszałam wtedy jak parowóz), a na zbiegach nadrabiać ewentualne straty. Do 11 kilometra biegło mi się całkiem znośnie. Potem było już tylko pod górkę i POD WIATR! Oj dał nam się on we znaki! Myślę, że warunki pogodowe były trudniejsze niż rok temu.



No dobra, przejdźmy do góry strachu. Fakt, rok temu wydawała mi się bardziej straszna, aczkolwiek nie uwierzę, jeśli ktoś mi powie, że nawet jej nie zauważył. Dokuczyła moim łydkom okrutnie i mojemu HR też! Na szczycie poczułam ogromną ulgę, teraz już tylko z górki, na rynek i meta! Szybko zerknęłam na Grześka, przeliczyłam w głowie czas i myślę sobie "oho! dam radę! jak tylko zacisnę zęby!" Myślę, że to zaciskanie zębów pomogło!;)





No i jest - widzę wierzę, słyszę nawoływanie ludzi, jestem już blisko, jeszcze tylko ten ostatni kilometr, chcę przyspieszyć, ale czuję, że nie daję rady. Jakbym stała w miejscu. Widzę dmuchaną bramę - fuck to jeszcze nie ta! Nie znoszę tych bramek - zmyłek! Jest META! Widzę zegar - 02:00:05 - cholera udało mi się! Za metą patrzę na Grzesia, łzy mi się cisną do oczu, oddech szaleje, idę przed siebie i wiecie co? Jestem szczęśliwa - udało mi się! Tym razem poczułam to o czym tylko słyszałam - szczęście, wzruszenie! Warto było drugi raz tu przyjechać! Tutaj był mój debiut połówkowy i tutaj poczułam, że dałam z siebie wszystko!



Grześ - mój trener osobisty i wierny towarzysz! ;)


Ps. w tym roku stałam się dumną posiadaczką ręcznika w kolorze żółtym ;). Szkoda tylko, że medale takie same jak rok temu.

Justyna - prawie jak siostra bliźniaczka ;). Darek i Łukasz - mega pozytywni, fanatyczni ludzie!

Z nimi to i na koniec świata! :)



Gratulacje dla wszystkich na raz, oraz dla każdego z osobna! :)) Jesteście niesamowici!



1 komentarz :

  1. Bardzo fajna, pozytywna relacja :) Przeczytałam ją z przyjemnością :) Gratuluję udanego startu i sukcesu z osiągniętego celu :) Wielkie brawa !!!

    Biegowe pozdrowienia dla Ciebie i przefajnej ekipy przesyłam :) Małgosia

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Niech idzie w świat!