piątek, 10 lipca 2015

III Nocny Wrocław Półmaraton - relacja debiutantki.

Oj tak! To był debiut! Nie mój, aczkolwiek poniekąd w zającowaniu na tym dystansie zaiste był to mój pierwszy raz,  ważniejszym debiutem był debiut mojej serdecznej koleżanki, której miałam okazję towarzyszyć w tej ważnej dla niej chwili. Nie będę opisywać tego biegu z mojego punktu widzenia, bo owszem był fantastyczny, świetnie zorganizowany, klimatyczny, Wrocław mnie oczarował! Ale po za tym to moja cała uwaga skupiała się na Basi. Niezmiernie się cieszę, że mogłam jej pomóc i myślę, że moje wzruszenie na mecie dorównywało wzruszeniu Basi. Ale dość już o mnie ;), teraz głos ma Basia!



Basia, Ja, Marysia, Maja, za nami Włodek a flagę trzyma Bogdan.




"To miał być debiut przez wielkie D, bo przecież przygotowywałam się do niego ponad dwa lata. Jednak przede wszystkim miał mieć miejsce, a nie jak te dwa wcześniejsze, które były planowane i na tym się skończyło, gdyż moja lewa noga zawsze okazywała się lewa, a ja nigdy nie chciałam biegać kosztem zdrowia.


            Żeby w końcu przełamać pecha, na połówkę do Wrocławia zapisałam się znacznie wcześnie z nastawieniem, że jeśli nie będę mogła biec, to się przeczołgam. Mój ogromny lęk przed kontuzją i jednocześnie wielkie marzenie, by przebiec półmaraton, wyolbrzymiły sympatyczną imprezę sportową, która urosła niemal do wydarzenia rangi obrony pracy magisterskiej, czy ślubu. Czyli jednym słowem miało być wszystko przygotowane idealnie: super forma, komfort psychiczny, w smartfonie nowa playlista.
Tymczasem wyjechałam z domu w mega stresie, przypominając sobie w taksówce o super powerliście przebojów, która mnie miała doprowadzić lekko do mety, pozostawionej na pulpicie komputera …. Pomyślałam, że ostatecznie znów pobiegnę z dwoma Dawidami (Bowie i Podsiadło), potem mi Bono zanuci „I still running …”, Iron Maiden podpowie „Run to the hills” (mimo że nie miało być podbiegów) i jakoś to będzie. Jednakże chłopcy musieli zamilknąć, ponieważ niespodziewanie Karolina zaproponowała mi swoje towarzystwo! Bardzo mnie to ucieszyło i jednocześnie zaskoczyło, bo sądziłam, że tak ambitna biegaczka, jak Karola, będzie chciała poprawić swój wynik na tym dystansie. Z Karoliną przegadałam już niejeden trening, więc perspektywa wspólnych 21 km nastawiła mnie niezwykle optymistycznie.

             Podróż do Wrocławia minęła w sympatycznej atmosferze, wspomniany wcześniej stres oczywiście minął, jak tylko zobaczyłam żółte koszulki i roześmiane twarze. Na miejscu miałyśmy szansę trochę pogwiazdorzyć, gdyż dwóch sympatycznych panów poprosiło nas o wywiad, a my, wiadomo, wywiadów nie odmawiamy. Ja, lokalna patriotka, wykorzystałam swoje pięć minut na promocję biegów w Zabrzu. Maja! Wspomniałam o NR. Marian! Mówiłam też o Aktywnym Zabrzu. Maciek! Wymieniłam Biskupice Biegają. Michał! Zapomniałam o Leśnym Run…, ale się nie przejmuj i tak wszystko wycieli. 

      Po chwili wrażeń z kamerą, wspólnym zdjęciu z innymi Night Runnersami, rozgrzewce i kilku rundkach do toi toia, ustawiłyśmy się w ostatniej strefie. Patrzę, przede mną pacemaker na 2.20, a za mną drugi z balonikiem na 2.30. Szybko oceniłam sytuację - ten z przodu przystojniejszy. Gonie go! Niestety 
Karolina kazała mi go minąć zaraz na początku. Gdyby nie ona, to biegłabym, podziwiając niespiesznie wszelkie uroki Wrocławia, gdyż ja jestem biegaczką – estetką. Endo prawie w ogóle nie włączam (szczęśliwi czasu i kilometrów nie liczą), za to lubię przystanąć, by posłuchać ptaszków w lesie, popatrzeć na chmurki, spojrzeć na samochody z mostu nad A1, sfotografować pola kwitnącego rzepaku. Słowem moje długie wybiegania bywają naprawdę długie. Ja i przepiękny nocą Wrocław! Matko! Trzech godzin by zabrakło! Na szczęście miał mnie kto pilnować.




         Oglądając miasto, jednocześnie starałam się nie tracić z pola widzenia żółtej koszulki Karoliny. A ta, jak najtroskliwsza matka, ciągle wołała: „Basia, może żel?”, „Basia, pij wodę!”, „Basia, wszystko dobrze?” A ja, krnąbrne dziecko, musiałam złamać jedno z bardzo dobrze mi znanych przykazań biegaczy: „Nigdy nie jedz podczas zawodów tego, czego wcześniej nie spożywałeś”. Nie wiem, ki diabeł mnie do tego namówił, by podczas drugiej połowy biegu zjeść batonik energetyczny! Dlatego pod koniec półmaratonu tempa dodawała mi nie tylko myśl o mecie i medalu …
Za czternastym kilometrem baloniki na 2.20 nas dogoniły. Odtąd Karolina straszyła mnie depczącym mi po piętach zającem. Później to ja mu deptałam … Jednakże był tak miły, że tuż przed metą przystanął, by nas zmotywować do pokonania ostatnich metrów w zamierzonym czasie. I udało się! Zwiewnie jak łanie, trzymając się za ręce, wbiegłyśmy z czasem 2.18.47. Dla mnie to świetny wynik! Taka jest miara mojego sukcesu.
Byłyśmy bardzo szczęśliwe, a później bardzo zmęczone (myślę, że przede wszystkim przez towarzyszące nam emocje). Zmęczenie tak nam doskwierało, że idąc na imprezę Night Runnersów, chciałyśmy zawrócić. I wtedy pojawili się tacy pacemakerzy, co potrafią doprowadzić do innej mety. Sympatyczni biegacze z Wrocławia, zwodząc nas, że docelowe miejsce jest „O, tu, zaraz za tym rogiem!”, pomogli nam dotrzeć do celu.
Mocna herbata postawiła mnie na nogi, a lampka wina miło rozluźniła. Do tego pogaduchy, trochę tańców. Żyć, nie umierać! Wszyscy zadowoleni, wszyscy z życiówkami! Ja w sumie też.

           Wesoły autobus z biegaczami powrócił szczęśliwie na miejsce, a każdy z obietnicą, że wróci tu za rok. Ja mam taki zamiar. Inne plany? Na pewno półmaraton w Gliwicach. Planowany czas? Nie tym razem. Jeśli ktoś ci przekazał dobrą energię, przekaż ją dalej. Tym razem ja pomogę komuś zrealizować marzenie o pokonaniu półmaratonu."


Nic dodać, nic ująć! :*




Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Niech idzie w świat!