środa, 7 października 2015

4/5 Warszawa mnie rozczuliła! 37 PZU Maraton Warszawski.

Kolejne wyzwanie za mną! A w pamięci jeszcze tak żywe uczucie szczęścia i zadowolenie z walki i jej efektów. Bo kto by się spodziewał, że dwa tygodnie po Maratonie we Wrocławiu poprawię czas na Maratonie w Warszawie???? Ja nie, aczkolwiek ze mną to nigdy nic nie wiadomo!

Pojechałam do stolicy dzień wcześniej. Trochę pozwiedzałam (razem z Gosią i Piotrem), odwiedziłam Centrum Nauki Kopernik, odebrałam pakiet startowy, zjadłam makaron w restauracji, której nazwy nie pamiętam i grzecznie poszłam spać. To tak w skrócie. Ale my skrótów nie lubimy! ;)

Może zacznę od pakietu startowego. Samo wydawanie szło bardzo sprawnie, bez kolejek, bez problemów. Pakiet startowy.... no cóż już sam worek mi się podobał ;). Koszulka spodobała mi się na tyle, że zdecydowałam się w niej pobiec, mimo, że przygotowaną miałam koszulkę NR. Ale to co dostaliśmy po biegu podbiło moje serce!


Jak tylko znaleźliśmy się w okolicy stadionu, atmosfera podniosła nam poziom endorfin! Ech czuć już było to napięcie, podekscytowanie. Wszędzie - na mieście, w metrze - zakamuflowani biegacze - tylko po butach i zegarkach można było ich poznać ;).







Pierwszy dzień miał być dniem odpoczynku, ale aktywnego. I trochę się z tym odpoczywaniem aktywnym przeliczyliśmy, bo szczerze mówiąc po całym dniu szwendania się to tu, to tam, zaczęły nas nogi boleć. Po  uzupełnieniu węglowodanów i dotarciu do Hostelu, z ulgą przytuliliśmy poduszki.
Uwierzcie - nic nam się już nie chciało... Rano niechciej trwał, kilka razy włączany budzik w tryb drzemki był tego najlepszym dowodem. No nic! Trzeba było w końcu się ruszyć! W związku z tym, że tym razem jechaliśmy busem, musieliśmy wszystkie toboły zabrać od razu ze sobą! Rany czy to możliwe, że moje dżinsy tak dużo ważą? Sama wyprawa na stadion już mnie nieco umęczyła. Pod stadionem - GDZIE TEN DEPOZYT? - nie tylko my czuliśmy się zagubieni, strzałki do depozytu były i owszem ale jakoś się straciły, w końcu dotarliśmy do podziemi! To nic, że od drugiej strony! Po odnalezieniu właściwych depozytów, przypięciu numerów (ja z moim jechałam już od hostelu), po debacie czy wziąć buffa czy okulary oraz po pamiątkowym zdjęciu ruszyliśmy dalej.... do chatki! O tak to już nie nazywa się toitoi tylko chatka ;).









No dobra 15 minut do startu, a my stoimy w kolejce. Myślę sobie, że to i tak lepiej niż we Wrocławiu. Ok ruszamy w stronę linii startu, ale gdzie jest nasz zając?? Ustawiliśmy się za balonikami na 4:10. To taka wersja optymistyczna, bo na prawdę nie wiedziałam czego się spodziewać. Postanowiłam biec tak jak mi będzie wygodnie ale bez szaleństw. Tuż przed dziewiątą wyciągnęłam z kieszonki mp3 - nie miałam ochoty rozplątywać kabla na 30 kilometrze - pięknie sobie przypięłam odtwarzacz do paska, kabelek poprowadziłam pod bluzką, słuchawki schowałam w staniku i tak mnie coś tknęło - sprawdzę czy działa! I wiecie co? Pewnie już wiecie! Nie działał! Fuck, rozładował się! Szybko zaczęłam demontować cały osprzęt gdy nagle usłyszeliśmy, że maraton ruszył! No cóż dwuminutowy falstart! Zanim doszliśmy do linii startu zdążyłam schować sprzęt nie grający do kieszeni i już wiedziałam, że bez mojej muzycznej deski ratunkowej może być ciężko.

fot. Michał Walczewski - Widzicie mnie? ;)

Ruszyliśmy, mordki nam się śmiały, endorfiny tryskały z uszu, a w głowie myśl - JA ZNOWU TO ROBIĘ! Tak i znowu będzie bolało - ale kto by się głupotami przejmował... Do pierwszego punktu odżywczego biegliśmy razem, za nim już się pogubiliśmy. No tak i znowu "samotny" bieg. Zaczynam się już przyzwyczajać ;). Generalnie przez pierwsze 23 kilometry nie działo się nic specjalnego, biegło mi się bardzo dobrze, nic nie bolało (nie bardziej niż się spodziewałam), bieg umilał mi pewien biegacz z flagą brytyjską na koszulce, który co kilka kroków wykrzykiwał "DZIEŃ DOBRY WARSZAWA!"



Około 26 kilometra było mi już ciężko, nogi zaczęły boleć coraz bardziej, stopy zaczęły drętwieć, umysł zaczął szaleć. W tym momencie sięgnęłabym standardowo po mp3, ale niestety takiej opcji nie miałam. Za to sięgnęłam po sprawdzoną metodę - wpatrywanie się w buty, tudzież asfalt - akurat tym razem wpatrywałam się w swój cień. Wyłączyło mnie to na dobre 8 kilometrów między 26 a 34 kilometrem, nawet nie zauważyłam, że był tam jakiś podbieg, który co po niektórym spędzał sen z powiek.


Po 35 kilometrze kiedy to cień mi uciekł i postanowił mnie gonić, nie umiałam się już skupić na niczym. Próbowałam patrzeć na krawężnik, chodnik, niestety głowa szalała i jakiś wredny głos próbował mi wmówić, że muszę się zatrzymać, że przecież nie lecę na czas. Na szczęście inny głos zdawał się być głośniejszy, dobitniejszy. Głos ten krzyczał WALCZ, DALEJ DO PRZODU, CHYBA CHCESZ TO MIEĆ JUŻ ZA SOBĄ! Posłuchałam go, zwalniałam do marszu tylko przy punktach odżywczych, gdy tylko przełknęłam kilka łyków wody, ruszałam dalej, już nawet ból nóg gdzieś odszedł. W głowie miałam tylko NIE ZATRZYMUJ SIĘ BO TO POTRWA JESZCZE DŁUŻEJ!

fot. M. Walczewski 

Tak dobrnęłam do 40 kilometra. Rany to już tak blisko! W najgorszym wypadku 15 minut! Dużo ludzi szło, nie mogłam zrozumieć jak można iść na Stadion Narodowy! Pomyślałam, że choćbym miała klęknąć to na stadion muszę WBIEC! Znacznik 800 metrów dodał mi skrzydeł, potem 500 metrów! Jeszcze tylko 200 metrów! Wbiegamy na stadion! Wyobrażanie sobie co wtedy poczułam? Spojrzałam na zegarek - nie wierzę! Przed startem miałam cichą nadzieję zmieścić się w 4,5 godzinach, a tutaj taka niespodzianka! Biegnę po płycie stadiony, ludzie klaszczą, mnie zaczyna zatykać! Wzruszenie powoduje u mnie hiperwentylację i zaczynam walczyć z uciekającym oddechem! Oj tak, to była chwila wielkiego wzruszenia! Ostatnia myśl - biec w prawo czy w lewo?? :) Wybrałam prawo a Wy? ;)

Po minięciu mety zatrzymałam się, oparłam ręce na kolanach i poczułam wielką ulgę i wielkie szczęście! Kurcze to mój piąty maraton, a jednak to uczucie przebiło wszystkie inne! Dziwne, bo to przecież nie życiówka, a może to ten klimat, ta walka na trasie?

Przeszłam dalej, dostałam medal, wodę, poczłapałam za resztą biegaczy, nawet nie byłam świadoma gdzie idę! Ocho depozyty, idę po ponczo - polar! Pani pyta jaki kolor chcę..... yyyy  ależ trudne pytanie! Biorę granatowe, idę dalej, nie wiem w zasadzie co robić. Z Gosią i Piotrem umówiliśmy się, że czekamy na siebie w pierwszym miejscu gdzie nas nie będą wyganiać. Kurcze czyli gdzie? Wracam na stadion, nie pozwalają mi tam wejść :(. No trudno, przecież nie będę stała w przejściu parkingowym! Idę dalej, mijam masaże, jakąś ściankę gdzie ludzie robią zdjęcia - nie ogarnęłam, idę dalej. Wychodzę na zewnątrz, namioty, ludzie jedzą coś, siedzą na ziemi! Boże ależ ja miałam ochotę usiąść! Docieram do barierek przy wlocie na stadion, widzę finiszujących biegaczy. Myślałam wtedy, że może przegapiłam Gosię i Piotra. Stałam tak dłuższą chwilę i nagle (ups) zrobiło mi się strasznie niedobrze. Może nie powinnam o tym pisać (ble), ale poczułam, że zaraz rzucę ptakiem, wycofałam się, fuck! wokół ludzie jedli, masakra, weszłam do przejścia na parking, siadłam na betonie, zrzuciłam polar i głośno oddychając prosiłam aby mi minęło..... i co? Minęło! Co to było? Emocje? Zmęczenie? Nie wiem. Zeszłam do depozytu, usiadłam przy miejscu gdzie miałam na oku biegaczy schodzących po biegu na parking i tak siedziałam, aż nie zobaczyłam Piotra. Dobiegli! Prawie godzinę po mnie.... nawet nie czułam, że tyle czasu minęło.

W końcu zebrałam się, odebrałam rzeczy z depozytu (o rany moją wielką torbę, którą nie miałam siły nieść) i poszliśmy na zupę. No cóż jeśli chodzi o karmienie zawodników to Warszawa się nie popisała. Pasta party przed nie było, a i miska pomidorówki jakaś taka biedna się wydała.



Zrobiliśmy kilka zdjęć i wybraliśmy się na WYPRAWĘ pod prysznic. Masakra, tak nas poprowadzono, że obeszliśmy stadion dookoła niemalże! Po prysznicu na metro, przesiadka i na busa. Jeszcze szybki kebab przed wyjazdem i powrót do domu. A więc to już za nami! Daliśmy radę! Ja pokonałam samą siebie! Dałam z siebie wszystko! Życzę Wam kochani takiego uczucie jakie ja miałam na mecie!



I jeszcze jedno! Jestem niezmiernie szczęśliwa, że mogłam biec dla Fundacji Dzieci Niczyje! Może to mała kropla w morzu potrzeb fundacji, ale cieszę się, że swoim biegiem i zbiórką środków mogłam chociaż trochę pomóc! BIEGAJMY DOBRZE! 

Po więcej zdjęć zapraszam na fotomaraton.pl jak je zakupię to jeszcze coś wrzucę ;).

DO NASTĘPNEGO!! czyli już za 4 dni! ;)

6 komentarzy :

  1. Poczytaj sobie o brudnych sztuczkach Jeffa Gallowaya. Dowiesz się jak spróbować sobie poradzić z negatywnymi sygnałami prawej półkuli mózgu. ;) Gratuluję walki i wytrwałości. :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miało być "lewej półkuli mózgu". Prawa może Cię właśnie uratować. :)

      Usuń
  2. Gratuluję! :) Ja niestety po Wrocławskim zaniemogłam i musiałam odpuścić Warszawski :( Świetna relacja! Czuje się jakbym tam była, co więcej, nawet jakbym to ja biegła ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciesze się, że relacja się podoba :) Ja po Wrocławiu też czułam się fatalnie i na prawdę nie miałam ochoty jechać do Warszawy, ale słowo się rzekło! ;) Wracaj szybciutko do formy i może gdzieś na biegu się spotkamy? ;)

      Usuń
  3. Czytałam Twoją relację i poczułam TE emocje. Mam debiut w Poznaniu w niedzielę i się boję. Boję się bólu, tego co mnie zaskoczy na trasie i pawia na mecie też się boję :P AAA!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Debiut? Cudownie! :) Może się gdzieś spotkamy? :)) Ja będę miała na sobie koszulkę z symboliką Korony Maratonów :) i oczywiście swoje imię na plecach :) Jak mnie gdzieś zobaczysz to daj znać :)) No i powodzenia! Ja to będę spokojnie sobie truchtać do mety :).

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Niech idzie w świat!