środa, 14 października 2015

5/5 16 PKO Poznań Maraton - mój bieg idealny!

UDAŁO SIĘ! ZROBIŁAM TO! KORONA JEST MOJA! No dobrze, ale Wy już o tym wiecie :).
O samej Koronie Maratonów Polskich napiszę w osobnym poście. Teraz chciałabym Wam opisać sam Poznań Maraton a raczej to jak on wyglądał w moich oczach i powiedzmy, że nogach.

Chyba już nie muszę wspominać, że do Poznania pojechałam z Gosią i Piotrem, zawiozła nas moja kochana Mama! Na miejscu a w zasadzie już w Macu koło Wrocławia spotkałam zaprzyjaźnioną ekipę z Gliwic!

Do Poznania dojechaliśmy dość późno. Zostawiliśmy rzeczy w Hostelu Subtella (polecam!), a następnie poszliśmy po pakiety startowe. Jak zawsze podekscytowani przemknęliśmy przez targi! Co tam zakupy, pakiet! No a tam było na bogato! Czekolada, dwa piwa, bidon i ulotki jak zawsze. A to wszystko w mega fajnym worku!

Koszulki pakietowe - reszty zawartości pakietu na zdjęciu nie uwieczniłam ;).



Z Mamą :)))
Super Ekipa!

Na tą jakże wyjątkową okazję postanowiliśmy zamówić w Warsztacie Koszulkowym koszulki, które sami wymyśliliśmy. Pomysł i napisy zrobiłyśmy my, Warsztat od siebie dorzucić super tło. Prawda, że wyszło świetnie? :) Koszulki wzbudziły dość duże zainteresowanie wśród biegaczy, oj coś czuję, że Tomek z Warsztatu będzie miał urwanie głowy na wiosnę ;).


Back!
Front!

Odwaga, siła, szybkość - czego chcieć więcej! :)

Co robią biegacze w wieczór przed startem??? PIJĄ PIWO! I jedzą pizzę bądź makaron! Nie piją piwa? Nie możliwe! Ja przy okazji spotkania z kuzynką Kasią piwka się napiłam, zjadłam pizzę i około 23 posłusznie wróciłam do hostelu.

Po powrocie pierwszy dylemat! HA! Ubraniowy! No cóż myślę, że nie było osoby, która by się choć przez chwilę nie zastanowiła co na siebie ubrać. Pogoda piękna, słoneczna, ale i przez to niezwykle wietrzna. Do tego zapowiadany jeden stopień ciepła a raczej zimna,  skutecznie odstraszał od opcji krótki rękaw plus krótkie spodenki. Ja wzięłam ze sobą aż trzy zestawy. Nie mogąc się zdecydować poszłam wziąć gorący prysznic.... i mnie olśniło! Kurde mnie jest zawsze za ciepło! Lecę na krótko!
I jakże się cieszę, że tak właśnie zrobiłam! Oczywiście na starcie było mi zimno, ale byłam przekonana, że po kilku kilometrach cieplej ubrana byłabym już mocno spocona i wkurzona! A tym czasem było mi idealnie! Kochani jeśli jesteście przyzwyczajeni do konkretnego sposobu ubierania się, jeśli znacie siebie na tyle, że wiecie jak będzie reagował wasz organizm - to proszę Was nie ulegajcie "presji tłumu"! Ja się cieszę, że jednak posłuchałam siebie a nie złowrogich wróżb o soplach z nosa.

Po pysznym śniadanku ( Hostel Subtella spisał się na medal!), udaliśmy się do budynku Międzynarodowych Targów  Poznańskich. Nie byliśmy jakoś bardzo poddenerwowani, w zasadzie do tego startu podchodziliśmy na dużym luzie. Żadne z nas nie miało w planach poprawianie rekordów życiowych, mieliśmy po prostu dobiec do mety i dobrze się przy tym bawić!

Tuż przed startem, a raczej przed toaletą ;)

Na miejscu tłumy, wrzawa, ale wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku. Idealnie! Jedynie z WC był problem, Ci, którzy zdecydowali się na skorzystanie z toalety w budynku, musieli czekać w długiej kolejce. Tak ja też w niej stałam! W związku z tym spóźniliśmy się na start! Nie dałam rady dotrzeć do swojej strefy startowej. Ruszyliśmy praktycznie z samego końca! No dobrze, nie mam zwyczaju pchać się przed szereg, ale start z dalszej strefy to jakaś masakra! Kompletnie nie umiałam wejść w rytm, co chwilę musiałam hamować, omijać, zatrzymywać się, kombinować. Nie to nie było dla mnie! Gdy wyprzedziłam baloniki na 4:30 mogłam już swobodnie delektować się biegiem. Oczywiście w tym momencie zgubiłam Gosię i Piotra! Nic nowego!

Startujemy!

Od samego początku biegło mi się bardzo dobrze, udało mi się przywitać z Szyszką (Pierwszy kilometr) i poleciałam dalej. Nie chciałam biec zbyt szybko (czyt. szybciej niż 6 min/km), wolałam na spokojnie dotrzeć do mety, tym bardziej, że kompletnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać po swoich nogach! W końcu to trzeci maraton w ciągu miesiąca! W Krakowie tydzień po Dębnie bolały dwugłowe, w Warszawie po Wrocławiu bolały stopy i pośladki, a co zabolało w Poznaniu? NIC! Serio! Owszem coś mnie tam trochę bolało, ale nie bardziej niż na pierwszym maratonie. 

Kontrolowałam każdy kilometr, pierwszą dyszkę pobiegłam jak zwykle na endorfinach poniżej godziny. O nie tak nie będę wariować, postanowiłam zwolnić. Drugą dyszkę pokonałam już spokojniej i tego tempa postanowiłam się trzymać. 

Powiem Wam szczerze, że cały bieg myślałam o tych kochanych moich ludzikach, z którymi biegam w Zabrzu. Wiedziałam, że mnie śledzą ;) i nie mogłam ich zawieść! Pierwszego żela wciągnęłam na 15 kilometrze, dość szybko jak na mnie, ale stwierdziłam, że skoro mam przy sobie sześć żeli 25 gramowych to po co mam je na metę donieść ;). Postanowiłam zjadać je co pięć kilometrów, bez znaczenia czy będzie mi brakowało sił czy nie. 

Jak widać bawiłam się bardzo dobrze!

Kompletnie nie orientowałam się w trasie, pamiętałam tylko tyle, że gdzieś ta mają być dwa podbiegi. Owszem trochę się ich obawiałam, ale jak to powiedzieli znajomi, co to dla nas te Poznańskie podbiegi skoro biegamy na Śląsku! No cóż coś w tym jednak było, bo faktycznie na trasie podbiegi były, ale żeby od razu takie straszne? Dla tych, którym się one wydawały trudne, zapraszam na Silesia Marathon! ;) 

Niesamowite jakie nasza głowa potrafi płatać figle. Mimo iż biegło mi się na prawdę dobrze, może poza momentami gdzie wiatr mi ową głowę prawie urywał, to ciągle gdzieś tam w zakamarkach czaiło mi się "nie dasz rady", ale jak mantrę powtarzałam cobie "ale jest cudownie, ale mi się fantastycznie biegnie!" Dokładnie tak jak teraz czytacie! Mówiłam do siebie cały czas! W myślach oczywiście! ;) Rozglądałam się po kibicach, przybijałam piątki, jednocześnie byłam bardzo skupiona. Nie miałam jakiegoś ciśnienia na to by koniecznie cały maraton przebiec, nie chciałam wymagać od siebie za dużo, nie miałam takiej potrzeby. Ale skoro biegło mi się tak dobrze to postanowiłam nie zatrzymywać się do trzydziestego kilometra. Jedyne postoje jakie wchodziły w grę to przy punktach odżywczych, aczkolwiek picie podczas biegu z kubeczka opanowałam do perfekcji! 



Dobiegłam do trzydziestego kilometra i nadal nic! Nic mnie nie bolało, biec nadal mi się chciało a i zmęczona jakoś zbytnio nie byłam. Wciągnęłam kolejny żel i pobiegłam dalej. Pomyślałam wtedy, że strategia z żelami co pięć kilometrów to chyba całkiem niezły sposób na brak ściany czy mniejszego murku! 

Zmęczenie zaczęłam czuć w okolicach 35 kilometra, DOPIERO! Ale wiecie, wtedy to już tylko myśl o tym, że zostało zaledwie siedem powodowała, że postanowiłam zignorować powstały dyskomfort i biec dalej. Na spokojnie skorzystałam z punktu odżywczego, wciągnęłam przedostatniego żela i cóż miałam robić, biec dalej. Na 37 kilometrze przebiegaliśmy przez stadion, hmmmm nie zrobiło to na mnie takiego wrażenia, jakiego się spodziewałam, Myślę, że po finiszu na Stadionie Narodowym w Warszawie już żaden stadion nie zrobi na mnie wrażenia. Ale mimo wszystko nadal bawiłam się wyśmienicie. 




Zauważyliście, że nie wspomniałam o mojej tajnej broni - mp3? Aha odtwarzacz nie był mi potrzebny! Nawet zapomniałam, że go miałam. Od 38 kilometra parłam do przodu powtarzając jak mantrę, że to już tylko chwila! Kibice na tym odcinku spisali się na medal! Zaczęłam z lekkim napięciem zerkać co chwilę na zegarek, upewniałam się czy aby na pewno nie zwolniłam, nie miałam ochoty już tego przedłużać bo przecież biegło mi się nad wyraz dobrze! Koło 40 kilometra w mojej głowie zakiełkowała myśl! POPRAWIĘ CZAS Z WARSZAWY! Istne szaleństwo! Kilometr ten minęłam z czasem 04:06:18, szybkie obliczenia w głowie na zasadzie jak pobiegnę ostatnie dwa w tempie 6 min/km to zmieszczę się w czasie 04:20:00! Kurde no ja nie dam rady?!

I poleciałam, ostatnio kilometr dłużył się strasznie! Gdy w oddali zobaczyłam Radka to stwierdziłam, że muszę go dogonić! Dzięki Radek za dodatkową motywację na koniec! :) Dogoniłam Radka, dostałam polecenie "LEĆ KAROLCIA!" - cóż było robić! 

Ale o co chodzi? To tylko ostatni kilometr maratonu! ;)
Radek lecimy!

Zaczęłam się nerwowo rozglądać! Gdzieś tutaj w tłumie powinna być moja mama z gadżetami! Tak, miałam wziąć od niej koronę! Ostatnie 200 metrów, nie widzę jej! Mijam zakręt, czas na zegarku 04:19:35, jeden balon, drugi balon! Kurde nie ma jej! Nagle słyszę jak mnie woła, odwracam się a moja kochana Mama zamiast podawać mi koronę usiłuje mi zrobić zdjęcie! Chryste Mamo!!! Wracam się do niej, wyjmuję koronę, zakładam na głowę i lecę!  Zegar nad metą mi nic nie mówi bo przecież czas netto będzie inny! Już nie wiem czy zmieszczę się w czasie! Lecę! Mijam metę, cieszę się jak dziecko, płakać mi się chce! Łapię się za głowę! Ja pierdzielę! ZROBIŁAM TO! JESTEM KRÓLOWĄ! 



I udało się zmieścić w czasie! 04:19:58!



Międzyczasy!
Moje międzyczasy, uważam, że to mój najładniejszy bieg!

I co dalej? Znalazłam Mamę, zrobiłyśmy kilka zdjęć, poszłam do depozytu ubrać się, bo cholernie mi zimno było. Poczekałam na Gosię i Piotra, nieco bardziej skutecznie podałam im korony i w końcu poszłam odpocząć! ;) Po wszystkim zjedliśmy makaron (swoją drogą był pyszny)! Wróciliśmy do hostelu, kąpiel i wracamy do domu! 








Chciałabym jeszcze dodać w tym miejscu, że Poznań Maraton to był w moim odczucie najlepiej zorganizowany Maraton! Nie mogę się do niczego przyczepić! Cała obsługa, organizacja, posiłki, trasa, znaczniki informujące o kilometrach czy zbliżającym się punkcie odżywczym - wszystko było idealne! Serdecznie polecam pojechać na ten maraton! 






6 komentarzy :

  1. Kto wie, może za 2-3 lata też się będę cieszył z korony ;) Póki co ciesze się, że na moim pierwszym półmaratonie miałem wsparcie przyszłej królowej!

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi też było miło Ciebie spotkać :) Gratuluję korony - szalona! To był piękny maraton :) I chyba coś w poznańskich biegach jest magicznego, bo ja też nawet zakwasów nie miałam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki klimat? ;) ech chętnie bym tam jeszcze pobiegała ale trochę daleko mam ;)

      Usuń
  3. Bieg idealny - dokładnie :) to był mój drugi maraton, ale było pięknie. Gratuluję wyniku, mój był dużo gorszy, ale pocieszam się tym, że dopiero zaczynam ;p mimo to i tak jestem z siebie dumna :) Mam nadzieję że PKO Poznań maraton będzie również za rok, bo było prześwietnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brawo! Bez względu na czas gratulacje i pamiętaj, że siła jest w Tobie! :)) powodzenia na kolejnym maratonie! :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Niech idzie w świat!