czwartek, 13 października 2016

Polar m600, TomTom Runner 2 i Garmin 610 - pomiar tętna i gps.

Gadżeciara! Tak to ja! Uwielbiam nowinki techniczne, a najbardziej uwielbiam takie, które ułatwiają mi życie i oczywiście dają dużo frajdy! Jak pewnie dobrze wiecie swoje bieganie zaczynałam z endomondo na telefonie. Kolejnym krokiem było kupno Garmina 610. Do którego mam taki sentyment, że nadal go mam podczas gdy wszystko co używałam w międzyczasie po prostu sprzedałam. Garmin 610 nigdy mnie nie zawiódł, ale noszenie pasa do pomiaru tętna irytowało mnie i to bardzo. Nie jest to opcja zbyt wygodna niestety a i często obciera. Postanowiłam pójść za ciosem i zakupiłam mierzącego tętno z nadgarstka Garmina 225. Rozwiązanie to sprawdzało się owszem, ale niestety nie przy bardzo niskich temperaturach. Poza tym niezbyt dobrze przylegał do mojego kościstego nadgarstka. Niestety szybko okazała się dla mnie niewystarczający ponieważ nie posiadał opcji multisport.

Kolejnym wyborem był TomTom Runner 2. Zegarek dzięki uprzejmości kolegi www.uzaleznionyodruchu.pl Macieja, nabyłam za okazyjną cenę. Przyznam, że zamiana Garmina na TomToma nie była łatwa. Działanie zegarka na całkowicie innej zasadzie. W moim odczuciu mniej intuicyjne niestety. Ale jak już opanowałam działanie dziwnego, poczwórnego przycisku ;) to każdy trening stał się czystą przyjemnością. TomTom nigdy mnie nie zawiódł. GPS łapał zawsze (no może raz mu się zdarzyło olać mnie całkowicie), tętno mierzył dość dokładnie, a przynajmniej jak dla mnie informatycznie wystarczająco. Był pewien moment kiedy to mój telefon zaktualizował się do Androida 6, czego TomTom nie ogarnął i przez długi czas nie było opcji aby połączył się z telefonem. Ale dzielnie (jak na mnie) tolerowałam tą niedogodność.
I zasadniczo TomTom by mi w zupełności wystarczył, gdyby nie moja ciekawość!


Dlaczego sięgnęłam po zegarek Polar M600?

TomToma nosiłam na co dzień, jak standardowy zegarek. Lecz gdy trafiłam na prezentację Polara M600, od razu wiedziałam, że to jest to, co zadowoli mnie w zupełności. SmartWatch połączony z zegarkiem treningowym! To jest to! Stwierdziłam, że skoro noszę zegarek treningowy na co dzień to niech się przyda jeszcze do czegoś. A do czego? I tutaj jest właśnie powód dlaczego stałam się szczęśliwą posiadaczką tego małego (no dobra jest dość duży) cudeńka. W to, że będzie się spisywał treningowo nie wątpiłam. Nie jestem zbytnio wymagająca w tym temacie. Wystarczy, że gps działa na dobrym poziomie, mierzy tętno z nadgarstka (do paska już nigdy nie wrócę), ma opcję multisport (rower, aerobic i bieganie, więcej nie potrzebuję), oraz jest łatwy w obsłudze. Natomiast skoro jak już wspomniałam mam go używać również jak tradycyjnego zegarka to niech dodatkowo ułatwi mi komunikację gdy zasadniczo w pracy jest to dość utrudnione ;). I wiecie co? Za to go po prostu uwielbiam! Wysyłanie smsa gadając do zegarka może i wygląda dziwnie ale działa i jest mega fajne! :D.

Po tym jakże długim wstępie przechodzę do rzeczy. TomTom co prawda już ma nowego właściciela, ale zdążyłam jeszcze zabawić się w "eksperta - porównywacza" co mi wyszło jako tako i mam dla Was porównanie pomiaru tętna. Nie jest ono zrobione jakoś super profesjonalnie i raczej daje ogólny obraz. Mnie natomiast wystarczył do zaspokojenia ciekawości i może Wam też coś podpowie.

Na pierwszy ogień poszedł trening na dywanie z Ewką Ch. Jako, że chciałam porównać odczyty pomiaru tętna z trzech zegarków, na Garminie musiałam włączyć bieganie, natomiast Tomka i Polara ustawiłam na siłownię (TomTom) i aerobic (Polar). Jak się pewnie domyślacie Polar i TomTom mierzył puls z nadgarstka a Garmin za pomocą pasa hrm.


Od samego początku oba pomiary nadgarstkowe pokazywały właściwie te same wartości (różnica momentami sięgała maksymalnie 5 bpm).

W czasie treningu obserwując oba wskazania, TomTom pokazywał wyższe wartości niż Polar, natomiast w momencie odpoczynku wartości praktycznie za każdym razem się zrównywały. Garmina nie obserwowałam gdyż spokojnie leżał na parapecie na zmianę łapiąc i gubiąc fixa.





Po zakończonym treningu zegarki nadal były zgodne.



Średnie tętno  - Polar 128 bpm, TomTom 127 bpm, Garmin - tego nie widać ale wskazał również 128 bpm. Wykresy wrzucam z kilku serwisów zgodnie z podpisami. O ile wykresy z Tomka i Polara prezentuję również dzięki Stravie to niestety z Garminem już tak łatwo nie było. Informatykiem nie jestem niestety, więc pokazuję to co udało mi się w miarę zweryfikować.
Garmin z Garmin Connect

Polar z PolarFlow

TomTom z MySport


Jak widać wykresy są prawie identyczne aczkolwiek zdziwiło mnie to, że pomiar za pomocą paska od Garmina kilka razy pokazał zero. Oczekiwałam takich wskazań raczej przy pomiarze nadgarstkowym. A tu taka niespodzianka. Mimo wszystko pomiary nie różnią się zbytnio! Na prawdę uważam, że z poziomu amatora takiego jak ja, nie mam podstaw czepiać się minimalnych różnic.
A teraz wykresy Polara i TomToma wrzucone do Stravy.

Polar - Strava
TomTom - Strava
Testu nie mogłam zakończyć nie sprawdzając jak to wygląda przy okazji biegania! I jeszcze tego samego dnia wieczorem poszłam pobiegać uzbrojona w trzy monitory pracy serca. Postanowiłam wpleść w bieg po mieście również bieg po bieżni i sprawdzić jak spiszą się owe zegarki przy okazji wykonania kilku przebieżek. I tutaj moi drodzy niestety porównać Wam mogę jedynie Tomka i Polara bo najwidoczniej Garmin nie wytrzymał napięcia związanego z bezpośrednią konkurencją i tuż przed wbiegnięciem na bieżnię po prostu się rozładował! Oba pomiary prezentuję po imporcie do Stravy.
TomTom
TomTom
 Polar
Polar
I znowu pomiary niemal identyczne. Na moje oko TomTom troszkę słabiej poradził sobie z pomiarem tętna podczas przebieżek po bieżni. Widać to dość wyraźnie niestety. Może to wynikać oczywiście ze sposobu interpretacji danych, aczkolwiek pomiar Polara przekonuje mnie bardziej.

Natomiast jeśli chodzi o dokładność odwzorowania trasy to nie trudno zauważyć, że TomTom spisał się na medal! Praktycznie idealne pokrycie z mapą! Brawo! Polar wypadł nieco gorzej, aczkolwiek dramatu nie ma. Najsłabiej - Garmin, ale to może wynikać z danego modelu, możliwe, że nowsze wersje radzą sobie z tym lepiej. Nie wiem, wnikać nie będę.

Polar

TomTom
I na koniec dzięki pomocy kolegi Wojtka (dzięki!!! :*) porównanie trzech zapisów tras:
żółty - Garmin
Fioletowy - Polar
Zielony - TomTom 




I to by było na tyle jeśli chodzi o porównania amatora ;). Dziękuję za uwagę i mam nadzieję, że przyda się Wam taka wiedza ;). Mnie w zupełności wystarcza i wiem już na pewno, że pasek hrm może jest dokładniejszy (w co jednak zaczynam wątpić bo jak widać u mnie się to nie sprawdziło), to fakt, że jest niewygodny, obciera i ( co potwierdził ów kolega Wojtek) przesuwa się, a nawet ląduje w pasie.  zdecydowanie przekonuje mnie do pomiaru z nadgarstka. Dodam jeszcze, że owe pomiary biegowe zrobione były przy mało sprzyjającej pogodzie - deszcz, wiatr i chłód. Jednakże pokuszę się o jeszcze jeden test porównawczy jak nas już zima nawiedzi. A tym czasem ja odpoczywam a Wy? Biegacie coś? :D

Miłego dnia ( i nocy)! :)

Wieczór testowego biegu plus komisja nadzorująca :).





wtorek, 20 września 2016

Jesień z Lidlem - nowa oferta Crivit

Hej hej wracam dziś z pracy i co ja patrzę! Prezent od św. Mikołaja?? No prawie... bo z Lidla :). Za dwa dni będzie nowa oferta w sklepach i walka jak o ostatnią kromkę chleba, więc szybko spieszę z info na temat mojego pierwszego wrażenia. W ręce wpadły mi buty, spodnie, bluza a może to kurtka? Prócz tego jeszcze rękawiczki i opaska.


Zacznę od butów.
Jeśli będziecie się zastanawiać nad rozmiarem, to weźcie ten, który wybieracie przy zakupie normalnych butów, w sensie nie do biegania. Przykładowo na co dzień noszę 37, te do biegania mam 38,5, nowe buty Crivit - 37. Jasne? :)
Co a propos samych butów? Prócz tego, że zapach ich powala to w pierwszym kontakcie robią wrażenie topornych i ciężkich. Po założeniu już jest o wiele lepiej, a o niebo lepiej od tych terenowych chyba sprzed roku ;). Generalnie but ma się sprawdzić w typową jesienną pogodę więc jest dość zabudowany i sztywny z grubym językiem. Czy to dobrze? W chodzeniu wydają się być wygodne i są dość ładne, serio! Poza tym co bardzo ważne, mają odblaski! Brawo! Bieżnik jaki jest widać na zdjęciu. Myślę, że w lesie, na błocie spisze się całkiem dobrze.
Kiedy to piszę buty mam cały czas na nogach i są na prawdę wygodne, o ile kurtkę musiałam ściągnąć po pięciu minutach (z przegrzania) to z butami takiego odczucia nie ma.




Dobra idziemy dalej w kierunku ku górze :).
Legginsy - o matko czarne? No takie dostałam, ale to i może lepiej bo ileż można w kolorowych gaciach biegać? Wiem można cały czas ;). W ofercie będą też kolorowe. Ale do rzeczy - rzecz ta ma być ocieplana bo i tak została nazwana. I owszem legginsy z lewej strony mają cieplejszy plusz ;). Nie wiem jak to się nazywa ale wiecie o co chodzi :). Rozbawił mnie pas oraz wykończenie nogawek - tu już plusz na całego, obawiam się, że jak mi się brzuszek spoci to paseczek będzie mokrutki i nie odprowadzi wilgoci, ale co tam! Ważne, że trzyma się dobrze i jest szansa, że nie będę gaci co chwilę podczas biegania podciągać! Poza tym gacie jak gacie. Aha ja mam rozmiar S i są dla mnie idealne a jestem dość niska (154 cm), więc obawiam się, że dla osoby wysokiej będą za krótkie.
Patrzę na stronie Lidl i widzę, że kosztować będą 35 zł! Ludzie brać! Warto!





Czas na odzież wierzchnią górną. Kurtka softshell. Już myślałam, że będzie masakra gdy zobaczyłam to pikowanie na przodzie. Ja to raczej się przegrzewam niż marznę, więc miałam obawy, że raczej do biegania to mi nie posłuży. Ale odetchnęłam z ulgą gdy zobaczyłam, że bluza  - sorry kurtka, jest dość cienka jak na softshell. Właśnie bym ją raczej bluzą nazwała. Generalnie nie ma co dużo pisać. Jest ok i jest ciepła ale nie gruba i dość lekka. Brakuje Ci takiej w czeluściach szafy? Bierz! Nie mam się do czego przyczepić choć bardzo chciałam. O dobra może do koloru bo taki jakiś bury bleee.



I na koniec rękawiczki i opaska. Odblaski są, chronić przed ciepłem będą więc chyba to tyle w temacie.

O doznaniach biegowych Wam nie napiszę, bo zwyczajnie nie zdążę ich sprawdzić przed 22 października. Mimo to moim zdaniem po spodnie warto iść, po kurtkę o ile akurat nie macie. A buty? Szczerze? Gdybym akurat miała potrzebę zakupu tanich ale wygodnych terenówek to bym je kupiła!

Miłych łowów życzę! Ja zapoluję na jeszcze jedne spodnie :D.

Link do oferty -----> Biegowa oferta na jesień w Lidlu











piątek, 2 września 2016

100 procent kobiecości!

Zabierałam się do tego wpisu kilka razy i za każdym razem inaczej się on układał w mojej głowie. Początkowo do tematu chciałam podejść testowo przedstawiając Wam rzecz, która podbiła moje serce. Ostatecznie jednak postanowiłam rozszerzyć wpis o moje przemyślenia. Kiedy teraz to piszę, to jestem pewna, że tych przemyśleń będzie więcej niż samych suchych faktów i wiecie co? Tak będzie lepiej! ( Moja córka ostatnio nagminnie powtarza te słowa ;))

Ale do rzeczy....


Kilka lata temu kiedy zaczynałam przygodę z bieganiem trudno było spotkać innego biegacza. Gdy jakimś cudem ktoś nadbiegał z na przeciwka to w 95% przypadków był to biegacz płci męskiej. Nie twierdzę, że kobiety nie biegały za dużo, natomiast wydaje mi się, że biegały w ukryciu. Bo przecież dziewczyny tak śmiesznie biegają, dziwnie kołyszą biodrami, nogi im uciekają na boki, poza tym podczas biegania człowiek się poci, twarz robi się czerwona, a poza tym to wstyd tak biegać i sapać.... Baaaaa czy to w ogóle jest bieganie??? No przecież jak ktoś nas zobaczy to co to będzie?  No powiedzcie mi moje drogie koleżanki, która z Was nie miała takich myśli gdy zaczynała przygodę z bieganiem? Inne ubrania niż czarne nie wchodziły w grę, bo przecież czarny wyszczupla..... no i nie widać, że się pocę!! A przecież kobiety się nie pocą i w ogóle to zawsze są świeże i pachnące!!!

Kilka lat później.....

Matko jedyna jakie to myślenie było głupie, jakie stereotypowe! Ej my kobiety chcemy się pokazać! Na szczęście myślenie się zmieniło i nas kobiet biegających jest więcej i więcej! Odkryłyśmy, że my wcale nie jesteśmy śmieszne w tym swoim człapaniu, my jesteśmy zajebiste! Tak! Zajebiste! To słowo mało eleganckie tak bardzo mi tutaj pasuje! Ocho i jest nas całe mnóstwo! Okazuje się, że nie było się czego wstydzić, odkrywałyśmy, że sąsiadka też biega już po zmroku ubrana na czarno! Ej a może by tak razem? Będzie raźniej! 

Baby się spotkały i nie może być inaczej niż "ej ale masz fajne buty", "nowa bluzka? boskie kolory!", no właśnie a może by tak zielone legginsy bo akurat pasują do oczu, a może ta czerwona bluzka, bo w czerwonym zawsze było mi do twarzy.

Ewolucja biegaczki....

Ja już nie chcę czarnych ciuchów, ja tak właściwie to chcę wyglądać ładnie. Koniecznie buty muszą do koszulki pasować, a gumka do włosów ma się zgrać z kolorem legginsów. A może by tak połączyć ładne z funkcjonalnym? Gdzie ja mam ten telefon schować? A klucze, a szminkę? A chusteczkę?! Przecież z torebką biegać nie będę! 


Zapytacie do czego zmierzam?

Zmierzam do prostej rzeczy. Kobieta co by nie robiła, jeśli ma to robić na oczach innych i dobrze się czuć to musi dobrze czuć się w swojej skórze i w tym co ma na sobie! 

I w tym momencie wiele z nas chce iść dalej! Teraz gdy bieganie już nie jest tylko domeną mężczyzn, gdy już od pewnego czasu czujemy się częścią tego biegowego szaleństwa, przyszedł czas na zaznaczenie naszej obecności w stu procentach! To jest taki czas gdy, prócz tego, że realizujemy nasze marzenia, jesteśmy szybkie (ja akurat nie, ale co tam), coraz lepsze w tym co robimy, to kurcze przede wszystkim JESTEŚMY KOBIETAMI! A co jest atrybutem kobiecości? Banalna sprawa! Sukienka! Spódniczka! Ku uciesze szanownych kolegów biegaczy, nawet przy okazji biegania lubimy się wystroić i kieckę założyć! Nie jest to tekst sponsorowany, jest to tekst, który chodził mi po głowie już od dawna i tylko szczęśliwym dla mnie trafem podczas poszukiwań spódniczki do biegania odezwała się do mnie przemiła dziewczyna oferując mi wypróbowanie jednej takiej spódniczki. Przerobiłam już wcześniej kilka modeli różnych firm i prawdę mówiąc wrażenia miałam raczej średnie. Bo albo długość nie taka, albo spodenki za krótkie i uda poobcierane, albo brak kieszonki (gdzie ja mam ten telefon schować?) I gdy już straciłam nadzieję, że będę mogła biegać w spódniczce więcej i dłużej niż te 20 minut, po których z powodu wyżej wymienionych niedoskonałości owych kiecek miałam ochotę gryźć ziemię, pojawiła się ona! Spódniczka od Polkasport

Za co pokochałam te spódniczki?

100% kobiecości. 100% wdzięku. 100% motywacji.  - 100 % prawdy! Moje drogie koleżanki jesteśmy kobietami i nie bójmy się tego użyć! ;) 

Top 5 cech, za które pokochałam spódniczki od Polkasport:


  • Wygoda! Idealna długość spodenek. Jeśli kiedykolwiek miałyście problem z podwijaniem się spodenek i obtarciami ud, to zapomnijcie o tym, tutaj nic się takiego nie stanie!

  • Funkcjonalność! Kieszonki z boku ud, które zmieszczą wiele i do których łatwo sięgnąć. Dodatkowa kieszonka z tyłu oraz dziurka przez, którą można przeciągnąć kabelek od słuchawek.

  • Materiał! Miękki, lekki i idealnie się układający.

  • Prostota! Spódniczki noszę również na co dzień, do zwykłych koszulek pasują równie dobrze.

  • Indywidualizacja! Nie podoba Ci się połączenie niebieskiego z szarym? Wybierz własny ulubiony zestaw kolorystyczny!



A teraz moje drogie pamiętajcie, że czego nie dobiegacie to dowyglądacie! ;) :D A więc kiecki na tyłki i lecimy! 

ps. A to dopiero początek tej rewolucji! ;)







czwartek, 7 lipca 2016

XV Cracovia Maraton - dla mnie czysta zabawa i start na wariata.

Dokładnie jak w tytule! Od początku rok 2016 nie przynosił mi dobrych wieści a moja forma dramatycznie spadła i podnieść się nie chciała. Zrezygnowałam z robienia życiówek, to nie był (jest) czas dla mnie korzystny. Dlaczego? Pewnie też dlatego, że  w moim bieganiu nie istnieje żaden plan na bieganie, nie istnieje bo nie mam do tego głowy niestety, czasu też mi brakuje a ja tak nie lubię robić czegoś na siłę. A poza tym robię to dla siebie i to co robię (na razie) mi wystarcza. A co robię? Dobrze się bawię!

Do Krakowa pojechałam tylko dlatego, że żal mi było zrezygnować z wypadu z mega fajnymi ludźmi, z nimi zawsze jest fajna zabawa a przy okazji to i maraton można przebiec. Tak wiem, to przecież królewski dystans i trzeba się nad nim rozwodzić i och i ach i że na poważnie.... e serio?
Na poważnie to ja mogę brać moje życie prywatne a hobby? Ej no to ma być przyjemność, zabawa!

Ale do rzeczy!  Na bieg w Karkowie planu nie miałam, ot stwierdziłam, że jak dobiegnę to fajnie, jak dojdę to też dramatu nie będzie. Ważne bym się dobrze bawiła. Bałam się jedynie tego, że moje nogi nie wytrzymają bo i z bieganiem na bakier było, ale pocieszałam się tym, że kręcenie na rowerze na marne nie idzie. Uda pracują, gorzej ze stopami i to o nie się martwiłam. Na start wybrałam buty już dobrze sprawdzone, czyli moje różowe Adidas Energy Boost, które zdobyły ze mną koronę...., które również już chyba tylko na salę gimnastyczną się nadają, niestety w moim odczuciu to ich  biegowy czas już się kończy. Ale znowu odbiegam od meritum ;).



Jak już pisałam, na Cracovia Maratonie postanowiłam się świetnie bawić! A co więcej bawić też innych. Zgodnie z moją ulubioną zasadą CO NIE DOBIEGAM TO DOWYGLĄDAM, postanowiłam uczynić ten bieg radośniejszym. I UDAŁO SIĘ!

Sam bieg o dziwno wspominam dość przyjemnie. Pierwszą połowę biegałam z debiutującą Basią, niestety potem musiałam się z nią rozstać, moja psychika źle znosi marszobiegi sensu stricte i myślę, że nie tylko ja tak mam. Mogę przejść w marsz , nie widzę w tym problemu ale na Gallowaya to ja się nie nadaję. Zabawa zabawą, ale w pewnym momencie zawsze jest tak, że w głowie kołacze uporczywa myśl (myślę, że to kwestia instynktu samozachowawczego) pod tytułem NIECH TO SIĘ JUŻ SKOŃCZY. I zasadniczo przekonuje mnie to za każdym razem i gdy już mi się bardzo nie chce, czy jak kto woli sił mi brak, to wtedy myślę sobie, że wolę te ostatanie 5 km przebiec (w domyśle zajmie mi to mniej więcej 30 minut), niż przejść, bo zajmie mi to o wiele więcej czasu - a ja już taka głodna jestem! ;))


Na metę wbiegałam w niewiele gorszym czasem niż rok wcześniej, szczerze to bolały mnie stopy, czyli miałam rację, że nie bieganie bardzo mi dokuczy, co do reszty - zero dolegliwości.

W tym miejscu chciałabym serdecznie pozdrowić mojego kolegę Marcina G, którego doping wzruszył mnie ogromnie i dał mi nieziemskiego powera! :)

Może zbyt lekko podchodzę do tematu maratonu, ale wiecie co? Mam na to wybiegane! ;)

ps. Absolutnie nie namawiam do biegania bez przygotowania! Każdy ma swój rozum i odpowiada za siebie.

To do zaś!!!








czwartek, 21 kwietnia 2016

Adidas Pure Boost X - pierwsze buty tylko dla kobiet! Ale czy dla wszystkich?

Od kiedy trafiłam na zdjęcie butów Adidas Pure Boost X zapragnęłam je mieć! Nie ukrywam, że początkowo zauroczyła mnie wersja w kwiatki, ale ostatecznie zdecydowałam się na mniej infantylną wersję ;). Pomyślałam - będzie pasować do większej ilości ciuszków. Babskie myślenie zawsze praktyczne! Na wstępie chcę zaznaczyć, że nie jestem blogerę, który dostaje prezenty (no dobra czasami się trafi kubek!) więc owe obuwie zakupiłam sama! Piszę to tylko po to byście mieli świadomość, że moje opinie są jak najbardziej subiektywne ale nie sponsorowane. Z resztą nawet jak coś dostanę to też możecie liczyć na szczerą opinię. 


Zdjęcie moje - nie ruszać! :)

1. Wygląd - no cóż tu dużo pisać? Buty są śliczne! W każdej wersji mają w sobie to coś co przykuwa uwagę! Z pewnością w dużej mierze to coś to owa "dziura" między podeszwą a cholewką. Poza tym są zgrabne, delikatne i takie leciutkie! Ach! Cholewka jest w całości jak skarpetka!


2. Pierwsze włożenie - ooooooooooooooooo to było mega dziwne! Ubierasz buty a masz wrażenie, że to jakieś papcie! Miękko, dziwnie miękko, dziwnie lekko! Ej no fajnie! Cholewka oplata stopę, oderwanie od podeszwy daje mega fajne uczucie, że but trzyma się stopy jakby był do niej przyklejony. Wiązanie w zasadzie nie zmienia nic, ja jak buta zawiązałam raz, tak serio ściągam je bez rozwiązywania i ubieram jak skarpetkę! Czujecie to? Taka elastyka!


To też moje zdjęcie i moje nogi ;)


3. Pierwsza przebieżka - na nasz pierwszy raz wybrałam bieżnię ( taką wiecie na dworze ;)). Ruszyłam jak zawsze spokojnie, ale uczucie lekkości szybko spowodowało, że zachciało mi się  biec szybciej! Poczułam wiatr we włosach, stopy lekko muskały tartanu.... aż do momentu kiedy aaaaaa zaczęły mnie boleć stopy!


4. Co? Bolały mnie stopy? - biegaliście kiedyś w butach minimalistycznych? Tak? To nie powinno Was zdziwić czmu moje stopy nagle zaczęły mi drętwieć! Nie biegaliście? No cóż tego typu buty są bardzo wymagające, pracuje każda kosteczka, każdy najmniejszy mięsień. But nie pobiega za Ciebie, nie odda Ci energii z kosmosu ani z jądra Ziemii. Fakt, Pure Boost X są tak lekkie, że zasadniczo się ich nie czuje, ale z drugiej strony nie mają amortyzacji (no serio, nawet jak w nich chodzę to podeszwa się ugina na maksa), więc musicie mieć świadomość tego, że bieganie w nich dłuższych dystansów bez przygotowania stóp do takiej pracy może boleć!


5. Dla kogo Adidas Pure Boost X ? - Do chodzenia dla każdego! ( A raczej dla każdej). Do biegania - jeśli już biegasz w butach minimalistycznych (takich co prawie podeszwy nie mają) to spokojnie dasz radę! Jeśli takie buty to dla Ciebie nowość - to może to jest ten moment aby zacząć zabawę z tego typu butami? Ale uwaga! Na początek maksymalnie 5 km! Dla urozmaicenia biegania, a z czasem, kto wie, może już innych butów nie będziesz chciała? Nie są to buty dla początkujących biegaczek! Nie są to byty dla biegaczek z nadwagą ( no chyba, że z taką jak moja  to jeszcze ujdzie ;)). Jeśli już koniecznie chcesz je mieć (tak jak ja chciałam) to jak najbardziej kup i biegaj sporadycznie, najpierw sobie w nich pochodź.

Takie mam panele ;).
6. Na jaki dystans? - Zależy! Tak jak napisałam wyżej, jeśli bieganie w butach, których praktycznie nie ma, nie jest Ci obce to co ja Ci będę mówić ile w niech możesz biec? Myślę, że sobie to sama ustalisz :). Jeśli zaczynasz przygodę z butami tego typu, to serio 5 km na początek (mnie stopy zaczęły boleć po 3 km, a to nie są moje pierwsz buty niewidki). Ja zdecydowałam się pobiec w nich w zawodach na 10 km. Dały radę, a raczej ja dałam radę! Biegło się bardzo dobrze, mimo, że było to dzień po Półmaratonie Ślężańskim więc generalnie nogi były zmęczone. Myślę, że można w nich całkiem fajne czasy wykręcić - może to kiedyś sprawdzę, choć w krótkich dystansach to ja jestem mniej niż przeciętna! (W dłuższych też, ale nadrabiam urokiem osobostym ;P ).

7. Podsumowanie! - Fajne są! Wygodne! Dobrze trzymają stopę, a raczej stopa się trzyma ich. No i są śliczne! Poza tym wymagające! W innych okolicznościach niż bieganie ich nie używałam, więc się nie wypowiem! :)


Jakieś pytania? Pisz w komentarzu! Odpowiem na pewno! :))
Poniżej jeszcze kilka fotek :)
Bieg po DTŚce - 10 km i jak się okazało reprezentacja Silesia Marathon ;). 









Zdjęcia są mojego autorstwa, nie są profesjonalne ani retuszowane, ani też podręcane. Te buty dokładnie tak wygladają, choć na żywo ładniej ;). 












piątek, 8 kwietnia 2016

9 Półmaraton Ślężański - bo dzielić z kimś radość to wielka przyjemność.

I po raz kolejny przekonałam się, że bieganie dla kogoś sprawia nie mniejszą radość niż bieganie dla siebie! 9 Półmaraton Ślężański kolejny raz mi to udowodnił! Jak już wspominałam ze względu na moją dość długą niedyspozycję (chora byłam kurde no!) nie mogłam się przygotować do tego startu tak by opłacało się w nim cokolwiek wywalczyć, oczywiście chodzi mi o walkę ze sobą itd. Aspiracji na pudło to ja nie mam ;) :P! Gdy już właściwie podjęłam dezycję o rezygnacji z biegu, o wsparcie na strasie i towarzystwo poprosiła mnie Klaudia. Nie zastanwiałam się ani chwili! Swoją drogą żal by mi było nie pojechać do Sobótki bo przecież zasadniczo wybrałam ten półmaraton by porównać go z połówką w Żywcu, którą to dwa lata poprzednie zaczynałam wiosenne starty.


Do Sobótki zdecydowałam się pojechać autem, zabrałam ze sobą niezłą ekipę (pozdrawiam Was kochani!) i ruszyliśmy nacieszyć się cudownym dniem (a było przecudownie ciepło i słonecznie) w nasz ulubiony sposób czyli na biegowo. Na miejscu już na etapie szukania miejsca parkingowego oraganizacja na najwyższym poziomie! Odbiór pakietów - szybko i sprawnie. Depozyty - odzielne dla panów i pań, jak i szatnie oczywiście. Nie mam się do czego przyczepić bo na prawdę organizacja pierwsz klasa! A propos klasy myślę, że biuro zawodów i cała reszta usytuowane w budynku szkolnym to najlepsze rozwiązanie.

Ruszyliśmy na start, ja zrezygnowałam ze swojej strefy startowej i ustawiłam się z Klaudią nieco dalej. Plan był przebiec trasę w czasie 2 godzin i 30 minut. Co się później okazało - brakło nam trochę, ale nie umniejsza to wyczynu Klaudii bo walczyła jak lwica!


Już teraz mogę Wam napisać, że ja się w Sobótce zakochałam! No może nie w samym mieście ale w trasie półmaratonu! Trasa niezwykle malownicza wiodła na około Parku Ślężańskiego. Jak najbardziej słoneczna pogoda i bieg na luzie dodatkowo pozwoliły mi cieszyć się każdym przebiegniętym kilometrem! Dawno nie miałam takiej radochy i jak piźnięta nie rozprawiałam jakie to drzewo piękne, a jaki tamten widok jest uroczy... tylko Klaudii jakoś ciężko było to wszystko dostrzec. Starałam się jak mogłam odwrócić jej uwagę od samego biegu. Z resztą nie tylko ja i nie tylko jej, na trasie spotkałam wielu przesympatycznych ludzi, pozdrawiam serdecznie Irenę z Kobiety na Medal, która fantastycznie wspierała także nas!



Nie będę Wam opisywać co się działo na poszczególnych odcinkach ;). Napiszę tylko tyle, że Klaudia dała z siebie wszystko i wywalczyła czas 2 godziny i 41 minut! Zapewniam Cię kochana, że gdyby to był płaski półmaraton to wykręciłabyś mega życiówkę! :)

9 Półmaraton Ślężański zdobył moje serce, myślę, że za rok też siętam zjawię i może tym razem o coś powalczę....

Meta! Tej radości nikt nam nie odbierze!




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Niech idzie w świat!