czwartek, 17 sierpnia 2017

Dolina Leśnicy Bieg o Breńskie Kierpce - mój górski debiut!

Hej Hej! Czy jest tu ktoś? Dawno nic nie pisałam to prawda... myślałam o tym, by wyjaśnić skąd ta przerwa w regularnym pisaniu i na myśleniu się skończyło. Aczkolwiek nie wykluczam napisania postu na ten temat.



Tym czasem do wzięcia klawiatury w swoje ręce skłoniła mnie chęć napisania Wam o moim debiucie w biegu górskim! Taaaak! Ja pobiegłam w biegu górskim! Ja, która na widok delikatnego wzniesienia mdleje a zaraz potem z purpurą na twarzy i zaciśniętymi zębami rzucając kuwami co krok wspina się sapiąc jak lokomotywa. Mhm tym razem nie było inaczej.

Na bieg w Brennej zapisałam się bo koleżanka powiedziała, że jest tak fajnie i, że mało zawodników i że super organizacja i że warto i jeszcze inne takie...... A, że dodatkowo termin pokrywał się z moim zaplanowanym urlopem, którego przebiegu jeszcze wtedy nie sprecyzowałam, pomyślałam, że idealnie się składa i przy okazji zaliczę kilka dni upajając się górskim powietrzem i widokami! Bosko!

Do Brennej,  a raczej do Wisły bo tam zarezerwowałam sobie i rodzinie kilka noclegów, wybrałam się już w sobotę. W sobotę też odebrałam pakiety dla siebie i dla dzieciaków. Moje skarby chętnie biorą udział w biegach co mnie cieszy ogromnie! Julia z dumą mówi, że jest szybka jak błyskawica a mama jest szybka jak wiatr! No cóż zgadzam się z jej wizją mamy jak najbardziej ;D ;).

No to zaczynamy!
Przed startem denerwowałam się bardzo, jak stwierdził kolega Wojtek, którego swoją drogą poprosiłam o towarzystwo na trasie, stwierdził, że odwykłam od startów i tej atmosfery. To też, ale ja myślę, że moje nerwy związane były z lękiem przed bieganiem pod górę! Serio! W pewnym momencie w czasie studiów, kiedy to ważyłam ponad 75 kg (mhm tak było) wybrałam się w góry w ramach zajęć wychowania fizycznego. Pamiętam to do dziś kiedy to podczas wspinaczki dostałam palpitacji, spazmów i prawie zeszłam z tego świata! Tak mocno wryło się to w moją pamięć, że za każdym razem gdy mam wbiec na górę to mam to zdarzenie przed oczami! Oczywiście wtedy okazało się, że jakiś tam problem z wydolnością serca był, teraz już takich problemów nie mam ale niepewność pozostała. Po prostu nie widziałam czego mogę się spodziewać po swoim organizmie, nie trenowałam nigdy w podobnych warunkach.




Czas na start! O godzinie 11 ruszyliśmy spod Amfiteatru w Brennej. Najpierw 2 km asfaltem lekko pod górę, by za chwilę już wspinać się na górę Kotarz. Kolejne 5 km to był ogień.... na mojej twarzy! O biegu mowy nie było, ledwo udawało mi się maszerować. Po 4 km pierwszy szok minął. Organizm uspokoił się, poddał się, zaakceptował sytuację a w głowie wymowne ku.. ja pier.... ucichło! W tym momencie zaczęłam cieszyć się biegiem! Wojtek skutecznie dbał o to bym jednak coś w tym zawodach pobiegała. Gdy tylko robiło się nieco mniej pod górkę motywował mnie do biegania.... to znaczy po prostu zaczynał biec a ja posłusznie biegłam za nim. No dobra raz powiedziałam stanowcze NIE :D :D :D ku uciesze współbiegaczy, którzy stali się świadkami mojego małego buntu.








Kolejne kilometry to było bieganie, maszerowanie, rozmawianie, próby połączenie video z szanownym małżonkiem, zdjęcia, zachwyty widokami, żarty, chwile ciszy i skupienia..... Od mniej więcej 8 km już mocno czułam swoją nieszczęsną piętę. O ile przy podbiegach główny nacisk szedł na palce to przy zbieganiu pięty mocno walą o ziemię. Ja z moją nieszczęsną piętą próbowałam zbiegać jak najbardziej na śródstopiu co kończyło się wolnym tuptaniem i ogromnym bólem  ud - około  12 km to już mi się trochę płakać chciało z tej mojej niemocy bo serce chciało a ciało posłuszeństwa odmawiało. Raz tak walnęłam piętą o kamień, że mi się gwiazdki przed oczami pokazały z bólu. 14 kilometr ostatni zbieg! Ale jaki to był zbieg! Uda protestowały, nogi mi się uginały jak chciały, w tym momencie już wolałam te 5 km pod górę! Ostatni kilometr wzdłuż rzeki Brennicy najpierw z jednej strony by za chwilę mostkiem przebiec na drugą i...... w tym momencie to był dramat... nogi przestały działać, popsuły się już na amen! Nie chodzi o to, że mnie bolały, one po prostu przestały funkcjonować, chyba tylko siłą woli jeszcze nimi przebierałam! To było najgorsze 200 metrów w mojej biegowej historii! Nawet na maratonie nie czułam czegoś takiego! Dziękuję Wojtek, że byłeś ze mną wtedy bo kurcze sama bym nie dała rady!
No i w końcu meta!!!! Matko jedyna jaka ja byłam szczęśliwa po jej przekroczeniu! O dziwo nie było ani jednej myśli typu "nigdy więcej"! To była czysta radość z wolną głową!!! Mój czas 02:12:15. Jadąc na zawody zastanawiałam się czy się w limicie zmieszczę ;). Potem miałam cichą nadzieje, że w 2,5 godziny to dam radę, a tym czasem jest nadzieja dla mnie i jest nad czym pracować. Za rok się poprawię! Tak! Za rok też pobiegnę o Breńskie Kierpce!!! Lecicie ze mną?!! :) Warto!! (zobacz filmik) :)




Nie ma rzeczy niemożliwych! Uwierzcie w siebie!

Dziękuję całej ekipie za wsparcie! :* :* :*




10 komentarzy :

  1. Świetny blog. Lubię czytać wpisy tego typu. W wolnej chwili oczywiście. Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
  2. Wielkie gratulacje :) 'Niemożliwe' to tylko nasze obawy i lenistwo, a człowiek może dokonać wszystkiego co pragnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. I niech mi ktoś teraz powie, że nie warto biegać ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny blog. Bardzo zaipispirowal mnie ten wpis. Jestem pod wrażeniem. Na pewno będę tutaj częściej zaglądać.

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny blog. Bardzo lubię blogi tego typu. Jestem pod wrażeniem. Super

    OdpowiedzUsuń
  6. No no, naprawdę niezły wyczyn :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Górski debiut bardzo udany, i tak trzymać! To co robisz jest bardzo motywujące.

    OdpowiedzUsuń
  8. Powodzenia w kolejnych debiutach :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Gratulacje. Bardzo fajny wpis. Uwielbiam tak pozytywne blogi. Jestem pod wrażeniem.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Niech idzie w świat!